When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

30 września 2026

jeszcze ciut więcej

 teraz chyba już widać panią, prawda?


Ku mojej radości skończył się wrzesień i zmasowany atak mamy na wszelkich lekarzy. :P Jeszcze tylko mam zarejestrować ją na uwaga marzec i do tej pory nie było takiej możliwości, podobno "od października", więc jutro idę do przychodni z samego rana, żeby nie okazało się pojutrze, że zapisy to już były i nie ma już miejsc. A potem zaczynamy akcję cmentarze. Potrwa gdzieś do 7 listopada.

Mój jesienny ogród pozdrawia:






Różowe też mam :)


Jak wzięłam aparat, żurawi oczywiście nie było. Była sikorka uboga czy czarnogłówka, kto ją tam wie









a na wieży ciśnień niezmiennie siedzi pustułek Sebastian.




Zdjęcia chyba ciut lepsze niż do tej pory, bo jakby widniej dziś było. 

Na ogród nie miałam wiele czasu, bo rano jeszcze latałam z mamą do podologa, robiłam zakupy, gotowałam obiad i takie tam. A, pranie jeszcze. Mama - oprócz tego, że źle funkcjonuje w warunkach stresowych i że działa coraz wolniej - zaczyna się gubić w zegarze. Ciężko się z nią umawiać na godzinę, na przykład. I cały plan dnia zwykle koło 12.00 zaczyna się walić, bo "przecież dopiero 11.00" albo "no jak, to 12.00 dopiero? Myślałam, że 13.00."

ZUS konsekwentnie się do mnie nie odzywa i żadnych pieniędzy we wrześniu nie przelał. Zapisywałam skrupulatnie wszystkie swoje wrześniowe wydatki i - nie głodując - wydałam 1375 zł, w tym 733 na rachunki. Dzienna średnia kroków: 13 944. Schudnąć się nie udało. Nie wiem, może powinnam robić dziennie 130 tysięcy kroków i jeść za 10 złotych, to może bym i schudła, ale wcale nie na pewno. 

Muszę sobie kupić nową jesienno-wiosenną sportową kurtkę z softszelu może, bo stara przestała być reprezentacyjna i jeszcze pół roku, a ktokolwiek będzie chciał się ze mną pokazać na mieście, to będzie się zastanawiał, czy wypada. :P 

Dobra, odchodząc od spraw finansowo-budżetowych. Na koniec tego przydługiego wpisu mam refleksję z dzisiejszych czytań mszalnych, konkretnie z księgi Hioba z 9 rozdziału. Jakoś zawsze mi przelatywało między szeroko rozstawionymi sztachetami świadomości :P, trzepnęło dopiero dziś. Jak wchodzisz w spór z Bogiem, to Odpowie ci może jeden raz na tysiąc. Albo i nie. I to jest w Biblii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.