When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

29 czerwca 2026

z ostatniej chwili

 


Nadmieniam, że termometr wisi w absolutnym cieniu.

Jeśli ktoś lubi ciepło, niech przyjdzie i se zabierze trochę. Bo mi się słabo robi jak wychodzę na dwór. A dziś wychodzić muszę. Zajadam kiszone ogórki i popijam wodą z mrożonym winogronem. I mam płyn i elektrolity, i glukozę. :P I jeszcze dwa spacery na dworze mnie czekają dziś, bo zostawiłam mamę u lekarza i muszę ją za pół godziny iść odebrać. 

28 czerwca 2026

tyle to jeszcze nie było

 nigdy w moim życiu. Tydzień temu myślałam, że 34,2 stopnia Celsjusza to już gorąc nad miarę.


W piątek było powyżej 36 i wszyscy jęczeli.


Wczoraj, w sobotę, było jeszcze ciut cieplej


a ciemną nocą było 29 stopni i krzyczeliśmy, że to tropiki i spać się nie da.


No to popatrzcie, jak było dziś:





i te 40,1 to nie był chwilowy wyskok, tylko tak było i było do jakiejś 16.00 coś. A teraz - proszsz.

I jak tu żyć?

27 czerwca 2026

wakaaaaacje!!!

 




Jak zwykle miałam za mało czasu :P i cóż, jeśli nie potrafię zmieścić się w chronosie, zostaje mi jeszcze kairos :P. Kaplica miała jedną z lepszych akustyk jakie kiedykolwiek gdziekolwiek. I było naprawdę potwornie gorąco.

26 czerwca 2026

uffff

 nareszcie


Jedynie słuszne kwiatki (nie tylko moje) przy plus trzydziestu pięciu stopniach.

Ani jednej lekcji w życiu więcej.

25 czerwca 2026

drodzy pracoholicy

 zazdrośćcie




Wyobrażam sobie trzy sytuacje, kiedy ktoś lubi swoją pracę:

1. kiedy praca jest dla kogoś pasją i pracownik się w niej spełnia (i dostaje przy tym odpowiednie pieniądze)

2. kiedy ktoś jest uzależniony od pracy i zasuwa od rana do nocy aż mu łeb odskakuje i jest przekonany, że to mu daje szczęście

3. kiedy ktoś w pracy głównie siedzi nad kawką z koleżaneczkami i jest mu miło i przyjemnie w klimatyzowanym pomieszczeniu. 

Żadna z tych trzech sytuacji nie dotyczy ani mnie, ani 99,99% nauczycieli. Tego 0,01% dotyczy sytuacja numer 1 o ile mają męża-sponsora. Bądź innego sponsora. Dlatego odchodzę z pracy bez nutki żalu i z westchnienim ulgi.

Dla tych, którzy nie są i nigdy nie byli nauczycielami: praca nauczyciela polega na tym, że zawijasz  kilka godzin w szkole i kilka poza nią, także popołudniami, w łikendy i dni ustawowo wolne. Nie masz czasu na życie towarzyskie w pracy, bo masz 15 sekund na decyzję, czy 5minutową przerwę wolną od dyżuru i rozmów z rodzicami/dyrekcją wykorzystać na pochłonięcie kanapki, czy raczej na siku. Integracja socjalna w pracy nie istnieje, chyba że za integrację socjalną uznacie przepychanki o oceny, coraz częściej prowadzone niemal wyłącznie przez dziennik elektroniczny. I jeśli chodzi o zdziadzenie :P - to naprawdę prędzej zdziadziejesz będąc starym sfrustrowanym nauczycielem niż będąc szczęśliwym emerytem. 

Nauczyciel(ka) po pięćdziesiątce zwyczajnie nie nadąża. Za bieganiem z piętra na piętro, z klasy do klasy, w ciągu 5 minut przerwy, i to niosąc pod pachą wszystkie pomoce naukowe. Za pilnowaniem dzieciaków, ile by ich nie było i ile nie mają lat (dzisiejsze osiemnastolatki są mniej odpowiedzialne niż kiedyś dwunastolatki) i hodowaniem sobie oczu dookoła głowy. Za ogarnięciem wszystkich wymaganych przez system (i dyrektora) papirów, które w ciągu trzydziestu kilku lat pracy zmieniały się kilkanaście razy i odchodziły w siną dal niepamięci, i nikomu nigdy nie bywały do niczego potrzebne - chociaż w czasie obowiązywania można było za ich brak  ponieść zawodową śmierć. Czy ktoś dziś pamięta choćby instytucję ścieżek edukacyjnych? Nie nadąża też (może przede wszystkim) za rozwojem technologii i sztucznej inteligencji (przy wyraźnym kurczeniu się inteligencji naturalnej). Nauczyciela po pięćdziesiątce przekracza uczenie się wszystkich funkcji e-dziennika, drukowanie dokumentacji z systemu śni mu się po nocach, a ograniczenie porozumiewania się z rodzicami do elektronicznych wiadomości (które rzadko kiedy ktoś czyta) to według niego jakieś nieporozumienie. Nauczyciela po pięćdziesiątce przekraczają też uczniowskie metody ściągania wspierane przez wszelkie technologiczno-internetowe narzędzia. I myśli, że to wszystko po prostu nie ma żadnego sensu. Nauczycielce po pięćdziesiątce dochodzą do tego wszystkie uroki menopauzy: uderzenia gorąca (na lekcji też i wszyscy widzą, jak ci zaparowały okulary), przybywające kilogramy (których też nie da się nie zauważyć), inne problemy z prezencją, coraz gorszy wzrok i słuch, czego raczej ukryć się nie da, coraz gęstsza mgła mózgowa, przez którą zdarza się nie pamiętać w kluczowym momencie lekcji kluczowej informacji albo bezlitośnie przekręcać imiona uczniów - no i macie pełen obraz. Po prostu. Jak się robi tak śmieszno i straszno, trzeba się zbierać. Bez żalu. Z poczuciem, że już swoje w życiu przepracowałaś, a teraz można w końcu powiedzieć: ufff. 

Żal? A czego tu żałować? Koleżanek z pracy, które - o połowę młodsze niż ja - jeśli już mają czas rozmawiać, to o jakimś zupełnie innym dziwnym świecie, którego nie mam ochoty poznawać? Dzieciaków, co dziś są, jutro ich nie będzie i nawet ci nie powiedzą na ulicy dzień dobry? Ich rodziców, którzy albo przez ostatnie kilka lat w ogóle nie zdążyli się do ciebie odezwać poza przekazywaniem wiadomości z prośbą o zwolnienie z lekcji, albo mieli głównie pretensje? Czy stosów papirów, ćwiczących zdolności artystycznoliterackie podczas wypełniania na początku roku, w połowie i na koniec? 

W ciągu 32 lat pracy (plus rok pracy na czarno) uczyłam kilka? kilkanaście? tysięcy dzieciaków. Ilu z nich przydała się kiedykolwiek jedna rzecz z tego, co im kazałam wkuwać, prawdopodobnie mogłabym policzyć na palcach. Mogłabym pójść w idealizm i opowiadać o uczeniu cierpliwości, wytrwałości, właściwych wyborów moralnych i takich tam, ale podejrzewam, że gdybym weszła w ten ton, sami odpisalibyście: weź nie żartuj. :P

Świat się bardzo zmienił odkąd zaczęłam pracować - na czarno bodaj w 1991 czy 1992, legalnie w 1994. Obawiam się, że kilka razy w międzyczasie stanął na głowie. I mi się to nie musi podobać, i nie muszę w tym brać udziału. Kopernik, wstrzymaj ziemię, bo wysiadam.

I uprzejmie proszę podpisywać komentarze. 

24 czerwca 2026

ostatnia czerwcowa rada

 ostatnie przepychanki o oceny, ostatnie ustalenia na sierpień - i właśnie do mnie dotarło, że nie mogę jeszcze powiedzieć ufff, bo skończyłam na razie tylko lekcje, a nie pracę. :P Teraz odbieram ostatni urlop, znaczy wakacje, potem w sierpniu przyjdzie trochę popracować, 31 sierpnia rozwiązuję umowę, potem dopiero emerytura. Dziś wywalałam wszystkie nagromadzone pliki z pracowego konta, czyściłam klasrum, wywalałam elektroniczną pocztę - przy okazji wspominając pandemiczne czasy, które - chcąc nie chcąc - bezpowrotnie zmieniły polską oświatę. Między innymi. Miałam też okazję poznać dziś kolegę, który prawdopodobnie przyjdzie na moje pracowe miejsce. 

I tak w ogóle to najchętniej odeszłabym już jutro. A muszę jeszcze ten sierpień przeżyć. Jakoś. 

bardzo chciały

 zakwitnąć. Cóż.









23 czerwca 2026

ogóreczka!

 i szparażka!



Ogórki już są dobre, szparagi chyba jeszcze trochę niedokwaszone. Wywędrowały z kamiennego garnka i zamieszkały w słoikach w lodówce. Bo upał u nas niezmierny i ma być tylko gorzej.

Stopnie wystawione i jak zwykle mam moralniaka. Ostatni, chwała Bogu, raz. Dziś - po całej jednej lekcji, na którą przyszła jedna osoba - ogarnęłam swoje szafki, wyniosłam do domu, co miałam wynieść, wyrzuciłam, co miałam wyrzucić, zostawiłam, co miałam zostawić. Bez jakiegoś większego żalu czy wzruszeń. Bo to pierwszy raz się skądś wynoszę? :P

Jutro ostatnia czerwcowa rada. 

Tymczasem, jak wspomniałam, u nas upał i niezmiennie susza, ostatni deszczyk popadywał 14 czerwca, od 10? 9? dni w tych ukropach ani kropelki. Zaraz idę podlewać ogród, a przedtem pozbierać maliny i porzeczki. Groszek mam nadzieję cierpliwie czeka, aż zepchnę z proga te wszystkie (epitet) rady, nasiadówki, udawania, że jeszcze pracuję. Jakby w ogóle ktoś w jakimkolwiek urzędzie czy przy jakimkolwiek biurku pracował w tych temperaturach bez klimy.

I dzisiaj noc świętojańska. Patrzę na moje paprotki na parapecie - może któraś zakwitnie? I że ten, kto miał kwiat paproci, dostawał bogactwa, którymi z nikim nie mógł się podzielić. Ciekawe. Może jest taki kwiat, takie coś, że dostajesz biedy, którymi nie możesz podzielić się z nikim? Brzmi jakby bardziej realnie w sumie.

Dobra. Opłaty zrobione, kiszone szparagi pokazane, można iść. :)

21 czerwca 2026

jakże mi gorąco

 dziś było trzydzieści kilka stopni przez większą część dnia i oczywiście ani kropli deszczu. Dopiero po 19.00 wyszłam na ogród i zaczęłam podlewaniem reanimować schnące wszystko.






Skończyłam podlewanie przed 21.00 i ucyknęłam jeszcze parę kwiatków :)


Co my tu mamy. Żółty onętek, kawałek goździka kamiennego, ozdobna kolorowa trawa, gipsówka, ruta, parzydło, kosmos różowy, dziurawiec, przetacznik i lipa. Chyba tyle. Już się suszą i mam nadzieję, że będę miała tym razem czas je wyjąć, zanim wyschną na wiór.

Z ciekawych dokonań - zakisiłam już pierwsze w tym roku ogórki, na małosolne, w kamiennym garnku. I na nich na wierzch wrzuciłam do kwaszenia zielone szparagi. Kiedyś jadłam i były dobre, ciekawe, jak mi wyjdą.

Tymczasem moje koleżanki - już emerytki wydzwaniają do mnie z zaproszeniami na pizzę. Mam ochotę zaprosić je na dwie rady pedagogiczne, zlecić pisanie protokołu i wypełnianie końcowych tabelek. :P A, i jeszcze mogłyby za mnie poprawiać tą ostatnią dziunię, której ciągle nie wystawiłam stopnia. Pizza, tia. 

Do tego mama znowu ma górkę, wczoraj na mnie wyskoczyła za nie pamiętam już co, dziś pogoniła sama do kościoła, chociaż prosiłam, żeby poczekała - zaszłam tylko na śmietnik, a ona już mi zwiała z zasięgu wzroku. A potem wpadła w szał, bo kazałam jej wodę pić. Wyszłam, oświadczywszy zamkniętym za sobą drzwiom, gdzie ją w takim razie mam i co może sobie zrobić, nie tylko z wodą. :P Tylko żebyż to była prawda. A prawda jest taka, że nie mogę jej mieć w, i że będę musiała te ataki wścieku wytrzymywać, i że będą pewnie coraz częstsze. 

A że jestem do dupy i najgorszą córką na świecie, to przecież i tak wiem. 

20 czerwca 2026

dwie trzecie czerwca

 i niedługo powiem ufff. Na razie ciągle kociokwik szkolny w pełni i zupełnie nie ma czasu na inne rzeczy. Tyle, że przeczytałam to:



i nie mam energii na pisanie wielkich recenzji - ot, babskie czytadło, opisujące cud nawrócenia na pracowitość zepsutego arystokraty, z którego milion razy w trakcie akcji książki wydawało się, że już nic nie będzie. Taka iskierka nadziei, że nie wszystko stracone, nawet dla największych du*ów (hehe, duke'ów?) tu zaglądających. Może się uda i będzie z ciebie jeszcze co?

Nie mam też czasu na czerwcowy czelendż.  Roślinki pozbierane dawno temu


wyschły na wiór i dopiero dziś wylądowały w słoiku


i kalejdoskopie.


Z takim efektem:








Zrudziało to wszystko i wyblakło, i zupełnie nie mam kiedy iść na spacer po porcję zielska z drugiej połowy czerwca, i w ogóle kosmos jakiś to, co się tu wyrabia. 

To jeszcze aktualny pasek



i filmik:

Niech się podoba. :)

19 czerwca 2026

wracałam

 z ogrodu o zachodzie słońca. Prosto w światło.






I marzyłam, że tam, na końcu drogi, właśnie tam, gdzie to światło na niebie, że tam wcale nie ma mojego blokowiska. Że wracam do DOMU, nie do mieszkania. Tak jak kiedyś, dawno temu, chyba w innym zupełnie świecie, wracałam o zachodzie słońca z pola do domu - do domu, który nigdy nie był moim domem. Ale. Był najbardziej moim domem ze wszystkich miejsc, w których kiedykolwiek mieszkałam.

Nie wiem, czy Masz dla mnie dom. Czy Tam, Kiedyś, trzeba będzie tylko stać pod gołym Niebem i machać tymi palmami, a żadnego domu wcale nie będzie? W sumie to nawet bym się nie zdziwiła. W końcu - dlaczego tak długo i tak boleśnie, ciągle na nowo mnie Uczysz, że nie mam tu nic? 

Znowu czuję się jak bezpański pies.