When I am an old woman I shall wear purple
With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me.
And I shall spend my pension on brandy and summer gloves
And satin sandals, and say we’ve no money for butter.
I shall sit down on the pavement when I’m tired
And gobble up samples in shops and press alarm bells
And run my stick along the public railings
And make up for the sobriety of my youth.
I shall go out in my slippers in the rain
And pick the flowers in other people’s gardens
And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat
And eat three pounds of sausages at a go
Or only bread and pickle for a week
And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry
And pay our rent and not swear in the street
And set a good example for the children.
We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now?
So people who know me are not too shocked and surprised
When suddenly I am old, and start to wear purple.
ten blog
Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.
rdest, cykoria, rdestówka, lnica, szarłat, kwiat bluszczu, szyszka chmielu, kawałek kwiatostanu różowej tawuły i pierwszy żółty liść jesionu. Wszystko, co zdołałam zebrać po drodze z domu do najbliższego supermarketu :P.
Po wysuszeniu:
I kilka zdjęć:
I ostatni reportaż z malowanki-numerowanki:
Dziś wykorzystałam ostatni ciepły dzień i pobiegłam na ogród (dlatego jutro będę smażyć placki z jabłek, hehe). Przy okazji zebrałam pierwsze październikowe roślinki:
Na górze liście brzozy i berberysu, na dole winobluszcz, żółtlica, pożółkły dziurawiec, marcinki i rukola. Kwitnąca. Poszły się suszyć.
Na górze jakiś rdest, na dole cykoria, rdestówka, lnica, szarłat, kwiat bluszczu, szyszka chmielu, kawałek kwiatostanu różowej tawuły i pierwszy żółty liść jesionu. Wszystko, co zdołałam zebrać po drodze z domu do najbliższego supermarketu :P.
Wtedy były te strrrasznie zimne dni i chodziłam tyle co do sklepu i na śmietnik.
Zdjęcia:
Słoik:
kalejdoskop:
aktualny pasek:
kilka kadrów z kallejdoskopu:
i filmik:
Poza tym najszczerzej zazdroszczę mieszkańcom województw nieprzygranicznych. Zazdroszczę braku idiotycznych alarmów po kilka razy dziennie i nocnie. Tym bardziej, że z alarmów totalnie nic nie wynika, bo zakładając, że istotnie cokolwiek by nam zagrażało - nie ma gdzie uciekać. A tryumfalne komunikaty, że zamierzają nam kupić więcej syren alarmowych, przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Na co nam syreny, udostępnijcie nam odpowiednią liczbę schronów. Tak wiem, syreny są tańsze :P. W razie czego można użyć kota, któremu ktoś będzie nadeptywał na ogon i to się puści przez mikrofon. :P Patent taki.
No zła jestem, bo ostatnio nocy przespać się spokojnie nie da, bo a to alarm, a to odwołanie alarmu. Nie wiem, jaki to ma sens. Na razie wkurza ludzi totalnie. No bo budź się w nocy kilka razy i potem idź do pracy, i się skup. Zwłaszcza że podczas pracy też ci spokoju nie dadzą, tylko będą cię katować alertami. Nie wiem. Może mają w planach totalne wyniszczenie populacji na wschód od Wisły i zaczynają od rozstrojenia psychicznego z nadzieją, że polskie cholerstwo samo wyzdycha ze stresu i chorób towarzyszących, a wtedy będzie można ruskich wpuścić aż do Wisły i nikt nie będzie protestował? Bo innego sensu naprawdę nie widzę.
Do tego ostatniej nocy mama przypadkowo wyciągnęła z kontaktu wtyczkę do przedłużacza, do którego miała podłączone wszystko w pokoju i nagle w nocy przestało jej grać radio, świecić lampka i grzać poduszka elektryczna. I panika w pełni, że to na pewno wojna. Na domiar nieszczęścia akurat rozładowały się wszystkie naraz lampki reagujące na ruch, było totalnie ciemno. A na korytarzu akurat ktoś się tłukł. I do histerii zostało pół kroku.
Dużo trzeba?
Na pociechę kolejna odsłona jesiennego obrazka:
I kiepskie zdjęcia (robione telefonem) przelotu żurawi nad moim miastem.
editio altera, czyli drugi filmik z roślinkami z początku września:
zimowit, czosnek, marcinki, aksamitki wąskolistne, trawę palusznik chyba, cykorię podróżnika, żółte liście głogu i wrzosy.
Parę zdjęć:
Ponadto druga odsłona mojej malowanki po numerach:
Ponadto załatwiam kolejne mamine sprawy, naprawiam dawno zepsute rzeczy, które zalegały w domu, cierpię z powodu zimna (dziś włączyli ogrzewanie w bloku) i zajmuję się generalnie życiem. :P
Niestety, to nie jest jedyny (życiowy) czelendż, z jakim muszę (niechętnie) dawać sobie radę ostatnio... z przyczyn technologicznych muszę (niechętnie) zapdejtować moje umiejętności aplikacyjno-technologiczne, czego - jako technodebil praktykujący - naprawdę nie cierpię. Poza tym aktualnie rozgrywa się parę kwestii związanych z dzierżawą mojego ogrodu i to też mnie trochę kosztuje, nie tylko nerwów.
Pozdrawiamy: ja i mój ogród:
PS. Robię się za stara na trawienie grilla... :( niestety, mój organizm zdecydowanie woli mąkę i inne węglowodany niż mięso, zwłaszcza uwędzone/przypalone - i ostatnio dobitnie mi o tym powiedział. :(