When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

31 maja 2026

koniec maja

 zaczynam czuć, że to już absolutna pracowa końcówka i zupełnie tego nie żałuję. Mam nadzieję, że za mną ostatnie wykłócania się o oceny - od pojutrza zaczynam wstawiać propozycje ocen końcowych. 

Z wiadomości ogrodowych - są pierwsze truskawki.


I widziałam pierwszego w tym roku pazia królowej, motyl taki. Ale nie dał się zdjąć.

I dalej straszna susza u nas. 

30 maja 2026

dzieci, dzieci...

 moja najnowsza paprotka, krewna niejakiej paprotki Natalii, ta imieniem Florentynka, poczuła się u mnie na tyle dobrze, że już wypuszcza dziecko.


Florentynkę dostałam w sam Wielki Piątek od ciotki neonki, z ostatniego egzemplarza paproci z domu babci. U ciotki ten egzemplarz ledwie zipał i Florentynka (tak nazwana po babci) nie rokowała specjalnie. Ale, jak widać, zaczęła rokować. Mam zadanie bojowe: zachować ten szczep.

Tymczasem ciotka neonka znowu ma paskudną (i nieoperacyjną) diagnozę onkologiczną. Kto może, proszę, niech się pomodli. A dalej zobaczymy. 

A ja ciągle myślę, że jedyny dom jaki w życiu będę miała, to Twój dom gdzieś Tam. I zastanawiam się, czy jest opcja z ogródkiem.

A drugie dzisiejsze dziecko to drugie spotkane w tym roku kawczę - pierwszego nie zdjęłam, bo akurat biegłam do pracy. Więc to jest drugie.




Ano, tak to z tymi dziećmi... :)))


Tymczasem w ogrodzie



tonacja jakby różowa, ale za różowo nie jest. Po pierwsze, straszna susza, nieustanne podlewanie i zdychające w oczach wszystko. Zjadłam dziś pierwszą truskawkę z gruntu, zapyziałą i niewyrośniętą. Po drugie, próbowałam dziś za pomocą spreju wysiudać z jednej z budek szerszenie. Znowu. Nie wiem, czy sprej zadziałał, zobaczymy następnym razem. To już druga tegoroczna ogrodowa eksterminacja. Pierwsze były mrówki na grządce z pietruszką. Zrobiły sobie mrowisko dokładnie wzdłuż rządka świeżo wysianej pietruszki, ze skutkiem 0:1 dla mrówek. Więc ujęłam sprej i ustaliłam wynik na 2:1 dla pietruszki.

Pozbierałam już pierwsze zioła 


i - jak przystało na szanującą się czarownicę :P - już je suszę. Nie w pęczkach pod sufitem, tylko w piętrowej suszarce do suszenia wszystkiego.

A na liście rzeczy do zrobienia mam jeszcze 7 punktów. 

28 maja 2026

ukochane czytadło

 



Jeśli ktoś nie jest leśnym ludziem, nie ma po co wyciągać ręki. Jeśli ktoś jest leśnym ludziem, będzie czytał w kółko. Tertium non. Ja (niestety) jestem. I nawet mi nie przeszkadza duża doza licencji poetyckiej w utworze. Usiłowałam tym razem przy czytaniu rozkminić porę roku w utworze co do miesiąca. I wyszło mi, że od połowy kwietnia latali po lesie w lnianych koszulkach. Nie da się. 

Poza tym jeszcze tylko dwadzieścia? dziewiętnaście? dni roboczych i emerytura. Jeśli nachodzi mnie jakiś cień żalu, natychmiast wydarza się coś, co sprawia, że znowu mam pracy po dziurki w nosie. Robię ostatnie klasówki, kończę przedostatnie działy w podręcznikach. Przymierzam się do ostatnich stopni na koniec roku. Myślę o imprezce dla koleżanek z pracy. 

Na mojej liście rzeczy do zrobienia, na której na początku tygodnia było 14 punktów, obecnie jest punktów siedem. I mam potrzebę stworzenia kolejnej listy. :P

A wracając do mojej leśnej duszy - dziś spotkałam w mieście jeżyka.






W środku dnia, w środku miasta. Mam nadzieję, że nic go nie rozjedzie. 

Natomiast na ważce zaraz będą ptasie zdjęcia, ale też same słodziaki.

26 maja 2026

jak kiedyś będę

 żałować, że odeszłam ze szkoły, przypomnijcie mi, proszę, dzisiejszy dzień. 

Nic szczególnego w sumie się nie działo, oprócz tradycyjnego wykłócania się o stopnie na koniec roku - ostatni raz. Wczoraj zaniosłam podanie o rozwiązanie umowy o pracę. Teraz muszę tylko zorganizować imprezę pożegnalną i dopilnować zusowskiej papirologii. I będzie.

Z innych takich. Przypominam o nieustającej możliwości odpowiedzi na moje złote myśli :klik:, gdyby ktoś się namyślił na złoto. 

Z jeszcze innych. Oto drugi majowy czelendżowy filmik:


i parę zdjęć:









To z tych:


 Konwalia, orlik, śniedek, niezapominajki, trawy, żurawka, bratki polne, dąbrówka, jaskółcze ziele, żylistek, rumianki, lepnica, tawuła, przetacznik ożankowy.

W kalejdoskopie:


i w słoiku


i aktualny pasek:



25 maja 2026

czytam Magnifica humanitas

i mam wiele raczej smutnych refleksji.

Po przeczytaniu całości:

1. Wydaje mi się, że ta encyklika jest swoistym wołaniem na puszczy. Apeluje o zachowanie dobra tych rzeczy, które już dawno poszły w swoją złą stronę i raczej nie wrócą. Jak chociażby "ekologia komunikacji" - pkt 137 nn, jakiej już od dawna nie ma i do której się nie opłaca wracać. Nawet mediom katolickim. Bo nikt nie kliknie, jeśli napiszemy uczciwie i bez podpuchy typu klikbajt (czyli przynęta, żebyś kliknął, durniu czytelniku).

2. Chociaż najchętniej przyjęłabym ustawienie jasnej granicy: dotąd katolikowi wolno korzystać z technologii, a dalej już nie - no wiem, że nie da się, niestety, takiej granicy postawić. Po pierwsze, w Kościele brakuje specjalistów od technologii, nie tylko AI, którzy znaliby się na tym na tyle, żeby fachowo określić, w którym momencie technologia zagraża człowiekowi. Po drugie, technologia rozwija się (a zatem i zmienia) w takim tempie, że wolno mielące młyny Kościoła nie mają szans śnić o nadążeniu. 

3. Mimo klikbajtów (sic), że nowa encyklika Leona XIV ma być o AI, to nie jest encyklika o technologiach. To jest encyklika o nauce społecznej Kościoła w I połowie XXI wieku. Jeśli kogoś bardziej interesują technologie niż nauka społeczna (i zdanie Kościoła o technologiach bardziej niż o nauce społecznej), nie będzie encykliką zachwycony.

4. Generalnie gdybym miała jednym słowem podsumować całą encyklikę, to byłoby to słowo: uważajcie. I prawdopodobnie jest to wołanie na puszczy, niestety. (Chyba, że wtrącą się jakieś enty - patrz niżej :P)

5. Rozwaliła mnie wzmianka w encyklice o Tolkienie. :))) Szkoda, że nie o hobbitach, którzy małymi rączkami pchają historię, i nie o mutilateralności ludów Śródziemia. :))) I szkoda, że nie o Sarumanie. Bo w zasadzie to Tolkien jakieś sto lat temu już tą encyklikę napisał. :P

6. Wydaje mi się, że encyklika - jako skierowana nie tylko do Ważnych i Wielkich - powinna mocniej wyartykułować to, co leży w zakresie możliwości zwykłych ludzi. To było wspomniane, ale może warto by było to wszystko wydobyć i zebrać do kupy: pielęgnuj swoje człowieczeństwo, przyjmij swoje ograniczenia, nie chciej być cyborgiem bez słabości i wad. Przyjmij człowieczeństwo, wady i słabości ludzi dookoła ciebie. Na ile to możliwe i potrzebne, otaczaj ich miłością w konkretach drobnych, codziennych czynów i postawy troski. W internecie nie trolluj, nie udawaj, nie naciągaj, nie manipuluj. Do technologii podchodź z dużą dozą zdrowej nieufności. Jeśli masz dzieci, wychowuj je do relacji, nie do technologii.

7. Bardzo mnie ujęło sformułowanie: "ja, wierzący pośród wierzących". Znaczy: papież. Żebyż tak nas traktowali PT Głoszący kazania... (patrz chociażby wczoraj).

8. I następne sformułowanie: "przymierze chwały i kruchości". Człowieczeństwo, które jest domem Boga. Genialne. 

9. I ostatnie w tej nowennie :) - "stańmy się tkaczami nadziei". Niteczka po niteczce. Żeby zobaczyć splot, trzeba wziąć dobrą lupę. Aż tak nieważni, gdy to, co ważne, obawiam się - zawiodło.

24 maja 2026

zielonoświątkowo

 jakkolwiek heretycko to brzmi. :P Jak byłam całkiem mała, Zielone Święta zwano świętem ludowym i obchodził je hucznie niejaki PSL. :))) Ale do rzeczy.

Zielonoświątkowe było menu. Wczoraj upiekłam zielonoświątkowe ciasto



zwykłe siermiężne i bardzo ludowe ciasto drożdżowe - i zdziwiłam się, jakie jest przepyszne. Dziś na śniadanie zrobiłam twarożek z niepospolitą ilością zieleniny - szczypiorek, pietruszka, tymianek, oregano, mięta. Mięta. Kiedy to tak mi pachniał miętą śniadaniowy twarożek? Jasne. W karmelu. 

Jakże to było dawno. Może w innym świecie, może w jakiej odległej galaktyce. 

Na kazaniu dziś - dla odmiany - usłyszałam, jaki ten świat jest zepsuty i że my wszyscy jesteśmy okropnymi, niewierzącymi grzesznikami. Do kościoła chodzimy tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia i ze strachu, co ludzie powiedzą, jakbyśmy nie przyszli. O, Duchu Święty kochany. Co ja złego zrobiłam, że takich ciężkich bzdur muszę wysłuchiwać, kiedy cały zielony świat (wraz z moim zielonym ciastem) do mnie krzyczy: kochaj Boga, bo Jest wspaniały. Ciesz się światem, bo jest piękny. A tu słyszę: wszystko o kant d* potłuc, a was razem ze wszystkim, bo gdybyście mogli tu nie być, to byście nie byli. I za co, za co?

I wcale nie słoneczko nasze mówiło, tylko jakaś lokalna sława, co po mszy sprzedawała książki swoje. Ponieważ tych głupot specjalnie długo słuchać się nie dało, zaczęłam się zastanawiać, czy taki jeden z drugim przed wymyśleniem kazania (ewentualnie ściągnięciem go z neta) chociaż przez chwilę zastanawia się, do kogo będzie mówił. Czy do ludzi wierzących, czy do niewierzących, na przykład. A może do żarnowców.



Też by im powiedział, że gdyby mogły, to by wcale nie kwitły? :P

Żarnowce rozsiadły się na polanie, tworząc złocistą plamę - pamięta ktoś? A dalej było: braciszkowie skrzydlaci, chwalcie Pana, chwalcie Boga, bo czym my stworzenia zdołamy odpłacić, jeśli nie piosenką ubogą - za słońce jasne, niebo czyste i łąki zieleń. 

Zielonoświątkową. Amen.


edit wieczorem:


Tak mi pasuje dziś. 

A na ważce zdjęcia z dzisiejszego zielonego (i trochę żółtego) spaceru.

23 maja 2026

to skosiłam :(

 btw: skoszenie ogrodowego trawnika akurat było na mojej liście rzeczy do zrobienia.



No żal było kosić, no. 

Co do listy: z 14 punktów jak dotąd skreśliłam cztery. Słownie: cztery. Za to zrobiłam chyba z milion rzeczy spoza listy. I ok, zaczęłam (parę) (przygotowania do) innych punktów. :P

Kalejdoskopu na liście nie było. To ten z początku maja, ale wysuszony:




Chyba zrobił mi kawał i zrobił się żółty. :)))






Filmik:

A zestaw do kolejnego kalejdoskopu jeszcze się suszy.

22 maja 2026

to już mogę pokazać

 całość, bo PT Beneficjentka otrzymała. :)




Te urocze mazaje na górze obrazków to zakamuflowany mój artystyczny bałagan na biurku. :P

A poza tym nazbierałam dziś roślinki na kolejny kalejdoskop i już się suszą:


Od lewej (matko, która to lewa? :))): konwalia, orlik, śniedek, niezapominajki, trawy, żurawka, bratki polne, dąbrówka, jaskółcze ziele, żylistek, rumianki, lepnica, tawuła, przetacznik ożankowy.

Przy okazji - gugle mi uświadomiły, że ta roślinka kwitnąca na różowo, którą nazywam szydlicą, naprawdę nazywa się iglica. A szydlica to jakieś drzewo czy coś. Więc pardon. 

A na jutro mam 14 punktów na liście rzeczy do zrobienia. Ciekawe, ile zrobię. :P

A, jeszcze obrazek z dekady:


20 maja 2026

dwie trzecie maja

 po pracy pojechałyśmy na cmentarz z mamą - korzystając z pogody, bo podobno już-już ma się znowu psuć.



Pamiętam, jak za dzieciaka chodziłam na ten cmentarz jeszcze w towarzystwie tych, co dziś na tym cmentarzu leżą. Tak samo kwitły konwalie - teraz już tylko na najstarszych grobach, wtedy na co drugim. Uczyłam się robić wianki z rozchodnika - wytrzymywał stosunkowo długo na grobowej lastrykowej płycie, nawet przypalony słońcem. Teraz jakieś marmury, granity, bunkry. Dawno, dawno temu większość grobów to była betonowa otoczka, taki brzeg, wypełniony ziemią, w której gęsto kwitły wspomniane konwalie, a z nich z jednego końca sterczał metalowy krzyż, a na nim była tabliczka z danymi pochowanej osoby. Jak to było dawno.

Przy okazji wizyt na cmentarzu odbywał się krótki spacer w zacmentarnym lesie albo wycieczka na wiślany wał. Czasem wracało się do domu piechotą, mostem przez Wisłę. Trawa była zielona, kwitły maki. Ptaki śpiewały. 

Prawie jak dziś. :P

19 maja 2026

się dzieje

 redaguję powoli treść podania o rozwiązanie stosunku pracy. Kiedyś mówiłam M. - jeśli chcesz odchodzić, zrób to w takim stylu, żeby inni chcieli wyjść razem z tobą. :P Ze mną pewnie chcą, tylko nie mogą, ale gdyby mogli, chętnie by wyszli. :) Pisząc o stylu - nie łudzę się, że będą za mną łzy wylewać i żałować, że już mnie nie ma. Ale. Mam nadzieję, że nikt nie powie, że dobrze, że odeszłam. :P

Tymczasem w pewnym naszym lokalnym zaściankowym trzęsionku ziemi i przy okazji towarzyszących mu zmian personalnych usłyszałam dziś, że "nikt nie żałuje, że on odchodzi", a wręcz: "chwała Bogu, że". I to dopiero jest tragedia. Nie dość, że przegrał, że został sam, to jeszcze na odchodne po kątach ludzie Bogu dziękują, że już nie będą musieli go oglądać i  z nim rozmawiać. 

No ja bym nie chciała tak odchodzić, naprawdę. 

Natomiast najbardziej w tym wszystkim Bogu dziękuję, że w końcu się okazało, że nie ma wielkich nietykalnych. I zastanawiam się, kto jeszcze będzie musiał zmienić miejsce (za)siedzenia. Na gorsze. 


18 maja 2026

w ogrodzie po deszczu

 





Po raz pierwszy poczułam przedemerytalny luz. Że nie muszę się spieszyć i że mogę mieć całą tą pracę głęboko w. I przyglądać się do woli na przykład rozmnażaniu winniczków.


Jakby ktoś nie wiedział, one to robią głową (no prawie;). Tak przy okazji, to ludzie powinni brać przykład z winniczków i też bardziej powinni angażować głowę do tych czynności. 


Poczekałam, aż skończą, a potem najspokojniej wyrzuciłam oba z ogrodu. Takie dwa winniczki z przychówkiem potrafią objeść ogród lepiej niż szarańcza. Niech się mnożą, ale za płotem.