redaguję powoli treść podania o rozwiązanie stosunku pracy. Kiedyś mówiłam M. - jeśli chcesz odchodzić, zrób to w takim stylu, żeby inni chcieli wyjść razem z tobą. :P Ze mną pewnie chcą, tylko nie mogą, ale gdyby mogli, chętnie by wyszli. :) Pisząc o stylu - nie łudzę się, że będą za mną łzy wylewać i żałować, że już mnie nie ma. Ale. Mam nadzieję, że nikt nie powie, że dobrze, że odeszłam. :P
Tymczasem w pewnym naszym lokalnym zaściankowym trzęsionku ziemi i przy okazji towarzyszących mu zmian personalnych usłyszałam dziś, że "nikt nie żałuje, że on odchodzi", a wręcz: "chwała Bogu, że". I to dopiero jest tragedia. Nie dość, że przegrał, że został sam, to jeszcze na odchodne po kątach ludzie Bogu dziękują, że już nie będą musieli go oglądać i z nim rozmawiać.
No ja bym nie chciała tak odchodzić, naprawdę.
Natomiast najbardziej w tym wszystkim Bogu dziękuję, że w końcu się okazało, że nie ma wielkich nietykalnych. I zastanawiam się, kto jeszcze będzie musiał zmienić miejsce (za)siedzenia. Na gorsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.