When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

24 maja 2026

zielonoświątkowo

 jakkolwiek heretycko to brzmi. :P Jak byłam całkiem mała, Zielone Święta zwano świętem ludowym i obchodził je hucznie niejaki PSL. :))) Ale do rzeczy.

Zielonoświątkowe było menu. Wczoraj upiekłam zielonoświątkowe ciasto



zwykłe siermiężne i bardzo ludowe ciasto drożdżowe - i zdziwiłam się, jakie jest przepyszne. Dziś na śniadanie zrobiłam twarożek z niepospolitą ilością zieleniny - szczypiorek, pietruszka, tymianek, oregano, mięta. Mięta. Kiedy to tak mi pachniał miętą śniadaniowy twarożek? Jasne. W karmelu. 

Jakże to było dawno. Może w innym świecie, może w jakiej odległej galaktyce. 

Na kazaniu dziś - dla odmiany - usłyszałam, jaki ten świat jest zepsuty i że my wszyscy jesteśmy okropnymi, niewierzącymi grzesznikami. Do kościoła chodzimy tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia i ze strachu, co ludzie powiedzą, jakbyśmy nie przyszli. O, Duchu Święty kochany. Co ja złego zrobiłam, że takich ciężkich bzdur muszę wysłuchiwać, kiedy cały zielony świat (wraz z moim zielonym ciastem) do mnie krzyczy: kochaj Boga, bo Jest wspaniały. Ciesz się światem, bo jest piękny. A tu słyszę: wszystko o kant d* potłuc, a was razem ze wszystkim, bo gdybyście mogli tu nie być, to byście nie byli. I za co, za co?

I wcale nie słoneczko nasze mówiło, tylko jakaś lokalna sława, co po mszy sprzedawała książki swoje. Ponieważ tych głupot specjalnie długo słuchać się nie dało, zaczęłam się zastanawiać, czy taki jeden z drugim przed wymyśleniem kazania (ewentualnie ściągnięciem go z neta) chociaż przez chwilę zastanawia się, do kogo będzie mówił. Czy do ludzi wierzących, czy do niewierzących, na przykład. A może do żarnowców.



Też by im powiedział, że gdyby mogły, to by wcale nie kwitły? :P

Żarnowce rozsiadły się na polanie, tworząc złocistą plamę - pamięta ktoś? A dalej było: braciszkowie skrzydlaci, chwalcie Pana, chwalcie Boga, bo czym my stworzenia zdołamy odpłacić, jeśli nie piosenką ubogą - za słońce jasne, niebo czyste i łąki zieleń. 

Zielonoświątkową. Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.