moja najnowsza paprotka, krewna niejakiej paprotki Natalii, ta imieniem Florentynka, poczuła się u mnie na tyle dobrze, że już wypuszcza dziecko.
Florentynkę dostałam w sam Wielki Piątek od ciotki neonki, z ostatniego egzemplarza paproci z domu babci. U ciotki ten egzemplarz ledwie zipał i Florentynka (tak nazwana po babci) nie rokowała specjalnie. Ale, jak widać, zaczęła rokować. Mam zadanie bojowe: zachować ten szczep.
Tymczasem ciotka neonka znowu ma paskudną (i nieoperacyjną) diagnozę onkologiczną. Kto może, proszę, niech się pomodli. A dalej zobaczymy.
A ja ciągle myślę, że jedyny dom jaki w życiu będę miała, to Twój dom gdzieś Tam. I zastanawiam się, czy jest opcja z ogródkiem.
A drugie dzisiejsze dziecko to drugie spotkane w tym roku kawczę - pierwszego nie zdjęłam, bo akurat biegłam do pracy. Więc to jest drugie.
Ano, tak to z tymi dziećmi... :)))
Tymczasem w ogrodzie
tonacja jakby różowa, ale za różowo nie jest. Po pierwsze, straszna susza, nieustanne podlewanie i zdychające w oczach wszystko. Zjadłam dziś pierwszą truskawkę z gruntu, zapyziałą i niewyrośniętą. Po drugie, próbowałam dziś za pomocą spreju wysiudać z jednej z budek szerszenie. Znowu. Nie wiem, czy sprej zadziałał, zobaczymy następnym razem. To już druga tegoroczna ogrodowa eksterminacja. Pierwsze były mrówki na grządce z pietruszką. Zrobiły sobie mrowisko dokładnie wzdłuż rządka świeżo wysianej pietruszki, ze skutkiem 0:1 dla mrówek. Więc ujęłam sprej i ustaliłam wynik na 2:1 dla pietruszki.
Pozbierałam już pierwsze zioła
i - jak przystało na szanującą się czarownicę :P - już je suszę. Nie w pęczkach pod sufitem, tylko w piętrowej suszarce do suszenia wszystkiego.
A na liście rzeczy do zrobienia mam jeszcze 7 punktów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.