When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

16 czerwca 2026

jest zzzzzimno

 a że mi jednocześnie jest też gorąco :P, sprawa robi się nie do wytrzymania. A zapowiedzi, że pojutrze będzie plus 30, przy moich defektach w termoregulacji doprowadzają mnie do rozpaczy. 

Właśnie przycięłam sobie palce. Trzy. Lewej ręki. W pralce :P. Wyjęłam rękę z pralki i rozryczałam się. Jakby ktoś miał wątpliwości, jak na życie reagują baby-idiotki. Po pięćdziesiątce szczególnie. A ta pralka to akurat firanki prała, bo w końcu - po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy - udało mi się okna umyć.

W pracy kolejne boje o stopnie - i tak będzie do poniedziałku włącznie. Robię ostatnie, naprawdę ostatnie tematy we wszystkich klasach. Oczywiście, że jak zwykle mam moralniaka z powodu wystawianych ocen. Nie wiem, jak ten biedny Pan Bóg będzie nas na Końcu sądził i jak On to zniesie...

W domu. Mama dziś miała rano badanie krwi - pielęgniarka przyszła do domu, a mnie oczywiście nie było, bo musiałam być w pracy. Ponadto mama przyznała się, że kiedyś ostatnio na samotnym spacerze się przewróciła, ale przecież nie ma problemu, bo udało jej się wstać - i ma zakaz na samotne wychodzenie z domu. Nie sądzę, żeby go posłuchała. A ja nie dopilnuję. Bo jak. I już czuję, że od 28 czerwca będę chodzić z mamą na codzienne urocze spacerki. Boże, wydłuż mi dobę.

Przy okazji pielęgniarka przyniosła mamie cały stos papirów, które należy wypełnić, to może jej dadzą jakiś dodatek z okazji niepełnosprawności. Jak przewalę rok szkolny, to wypełnimy. Byleby tylko mamie nie wpadło do głowy chojrakować przed komisją sprawdzającą jej stan, że przecież ona dobrze się czuje i świetnie sobie ze wszystkim radzi. Tak jak chojrakuje przed przyjeżdżającą dwa razy do roku na pół dnia rodziną brata. No i pewnie dlatego brat jest przekonany, że mamie spokojnie wystarczy płatna opiekunka, przecież mama świetnie funkcjonuje i w sumie wiele opieki jej wcale nie trzeba.

A poza tym naprawdę mam już dość.

15 czerwca 2026

połowa czerwca

 i ja już nie mogę. Dziś wypełniałam - mam nadzieję po raz ostatni - najświętsze tabelki. No i zmagam się z życiem, nie tylko szkolnym - na przykład z rodzinnym też. 

Ciężko żyć w świecie przekonanym, że należy pracować do us* śmierci, a do opieki nad starymi rodzicami należy wynająć całodobową opiekunkę, która ma mieszkać w domu tej starej osoby na stałe - i to jest lepszy ponoć pomysł niż że dziecko ma iść na emeryturę i samo zająć się swoim rodzicem. Nie wiem, może pomysł dlatego lepszy, że w tym rozwiązaniu dwie osoby są zatrudnione (i w idealnie uczciwym świecie obie płacą wszelkie składki i podatki, i państwo ma zysk). No w tym rozwiązaniu jeszcze widzę jakąś logikę. Ale jak usłyszałam o rozwiązaniu opieki nad starszym rodzicem w postaci objęciem zdalnym monitoringiem całego domu tej starszej osoby, tak, że mieszkające w innym mieście dzieci mają cały podgląd na komórkach - no to już naprawdę mnie wycięło. 

Oba rozwiązania przedstawiono mi jako modelowe i ze wszech miar słuszne. W przeciwieństwie do moich planów odejścia na emeryturę i zajęcia się mamą. No i jak zwykle czuję się kompletnie nieakceptowana, że powinnam być kimś innym niż jestem, najlepiej pracoholikiem praktykującym, to wtedy by było dobrze. No ale nie jest dobrze i nie będzie, i mam średnią ochotę na takie życie w sumie.

Zaczęłam dziś ogarniać sprawę ubezpieczenia, takiego na życie i od wypadków, bo w pracy już przecież nie będę ubezpieczona. I po ogarnięciu pierwszej firmy ubezpieczeniowej stwierdziłam, że lepiej se kupić duży zakręcany słoik, napisać na nim: na moje leczenie i pogrzeb, i wrzucać do niego powiedzmy 5 dych miesięcznie. Przynajmniej to, co wrzucę, nie przepadnie. :P 

A poza tym jest zimno, a te imitacje deszczyków, które przechodziły dziś przez moje miasto, żadnego wpływu na wszechsuszę nie wywarły. 

I to z ważnych nowin ostatniego czasu chyba tyle.


11 czerwca 2026

filmik i wianki

 

Chyba fajny. 

Wianków zrobiłam w tym roku w sumie 20, ale kilka wydałam natychmiast po zrobieniu i na zdjęciu (oprócz mumaka, którego ciągle jeszcze nie oswoiłam, i oprócz makutry, w której chwilowo ucieram różę) nie ma wszystkich wianków.


W międzyczasie była normalna praca, potem - krótka bo krótka - rada, zaraz idę na wieczorną mszę. Deszcz padał u nas tylko nad ranem i rano - i jest go zdecydowanie za mało ciągle, tak popadało na zasadzie lepszy rydz niż nic. Kilka deszczowych zdjęć z drogi do pracy zaraz będzie na ważce. 

A mama dziś ma nastrój jęcząco-zbuntowany, czyli na przykład po sklepach (sama) łaziła, ale do kościoła (ze mną) się nie wybiera. Nietypowe trochę, ale.

Jeszcze 10 dni i zakończenie roku. Dostałam dziś na dziennik wiadomość od mamy pewnego ucznia, z którym (i z rzeczoną mamą) rok temu przepychałam się o stopnie na koniec. Więc jak zobaczyłam, że mam od niej wiadomość, zareagowałam gęsią skórką i mdłościami. Okazało się, że to tylko zwolnienie z lekcji. :P Pozdrowienia dla wszystkich nauczycieli wystawiających końcowe oceny. 

10 czerwca 2026

jedna trzecia czerwca

 teraz zaczyna się najgorszy czas w roku szkolnym: poprawianie, papierowanie, nasiadówki. Zamknąć oczy, zatkać uszy i przelecieć na oślep do końca. Na domiar złego :P w tym samym czasie kończy się oktawa Bożego Ciała, której przecież nie ma :P (ale jak zwykle z tej okazji występuje zapotrzebowanie na wianki) - i tym sposobem mam jednego dnia pracę, radę, wianki i muszę zdążyć przed 18.00. 

Zielsko już w większości przyniosłam




ale wianki będę wić jutro, żeby nie zdechły. BTW u nas deszczu nie ma, ksiądz jutro więcej wody na święcenie tych wianków wyleje niż dziś z nieba spadło. I mam szczerą nadzieję, że to ostatni raz ten końcoworoczny zapieprz. I że za rok będę mieć więcej czasu na świętowanie końca oktawy, której nie było. :P

Kupiłam nowego mumaka i okazało się, że w fabryce zalali w sitkach od kawy te dziurki, którymi powinna lecieć woda zaparzająca kawę. Nie chce mi się składać reklamacji, pójdę jutro do złotnika (albo na dniach, jutro chyba nie dam rady...) i poproszę o przewiercenie mikrodziurek w środku sitka. Poza tym kawa jest bardzo smaczna, taka jak z prawdziwej kawiarni. Tyle że patałachy zalali odpływ. I mumak mi oczywiście jak zwykle sikał na stół. 

Poza tym mam filmik z ususzonego majowego kalejdoskopu, ale nie mam kiedy go wrzucić na YT. I nazbierałam roślinki na kalejdoskop czerwcowy i już się suszą.


Co my tu mamy.... na górze pięciornik, irys i orliki. Na dole skalnice, bławatki, rogownica, czarny bez, rumianki, jaśmin, żurawka, ligustr, ta jak jej tam nie saletra :P tylko LUCERNA :) i na końcu szczaw. 

I mój prywatny ogrodowy smok, a właściwie smoczyca:


A filmik  muszę niebawem wrzucić, ok. Ale naprawdę chwilowo nie wyrabiam. Do tego jak zawsze przy tej pogodzie (chce padać a nie może) pęka mi łeb. 

04 czerwca 2026

zmoknięta procesja

 i chwała Panu, bo w tym roku suszy deszcz jest u nas szczególniejszą laską Bożą.




Tak sobie dziś myślałam o drodze przez pustynię wielką i straszną, i pełną wężów jadowitych i skorpionów. Że jeśli drogą jest życie, pustynią hm różne okoliczności, to kto jest w moim życiu wężem, a kto skorpionem. :P Zapewne ten, kto gryzie...

I szłam tak sobie, uroczyście prowadząc pod rękę Pana Jezusa, który co chwilę próbował mnie dziubnąć parasolką w oko. Pan Jezus chwilowo schował Się w osobę mojej mamy i zupełnie nie mógł nadążyć za procesją. I przypominaliśmy sobie procesje związane z poświęceniem pól, nie mogąc ustalić, czy u nas były w maju czy w czerwcu - może były różnie. To nie były procesje na Boże Ciało i nie nosiło się Najświętszego Sakramentu, szedł krzyż, ksiądz z kropielnicą, tłumek ludzi śpiewających pieśni, z których pamiętam najbardziej "chwalcie łąki umajone". Miałam może ze 3 lata i do dziś pamiętam komentarz sąsiadki do wersetów, że "i co czuje, i co żyje, niech z nami chwali Maryję". Sąsiadka mianowicie wymieniała wszystkie polne żyjątka, od jaskółek do pająków i od jabłoni do trawy pod nogami - i zdumiona (i niezwykle uradowana) konstatowała, że w takim razie to wszystko też Boga chwali. Wersja bardziej luterska niż ta z Maryją. 

A mama miała wtedy okropny fioletowoczerwony pierścionek, a na ustach okropną taką samą szminkę. I nie podobało mi się to już w wieku trzech latek. Ale mama była, zdaje się, niezwykle z siebie zadowolona, to co miałam mówić. :P

Wtedy dzieci nie komentowały zachowań ani słów dorosłych. Wtedy dzieci słuchały. Że pajączki i trawa też chwalą Boga, na przykład. 

02 czerwca 2026

buuuu

zdechł mi właśnie mumak, czyli  zepsuł mi się ekspres do kawy :(. Siadła chyba aparatura do ciągnięcia wody pod ciśnieniem, bo z ekspresu ledwie kapie. Bu. Czyli łikend po Bożym Ciele spędzę na ganianiu po sklepach. I już ziewam.

U nas tymczasem dalej nie pada. :( 

Mama dziś ma trochę lepszy dzień, zjadła wczorajszą botwinkę, której zresztą starczy jeszcze i na jutro, a może z biedą i na czwartek. :P Jednak ugotowałam wieeeelki gar. 

Ogarniam właśnie logistykę celebrowania :P z mamą Bożego Ciała, bo nie da rady przejść całej trasy procesji i na pewno nie po mszy bezpośrednio procesję poprzedzającej. Do tego dziś jest rocznica śmierci mojego taty - zaraz idę na mszę, w długi łikend trzeba będzie zrobić wycieczkę na cmentarz. I może okna pomyć - u mnie i u mamy. Och, dobrze, że gotowanie mam na razie z głowy.

No i tak to jakoś płynie pomału. 


edit wieczorem

Pękłam ze śmiechu. Bo mama opowiadała, jak niedawno była w kościele i po mszy było jeszcze nabożeństwo jakieś, ale ona zaczęła wychodzić, bo musiała do WC. No i tak się wygrzebuje z ławki i widzi, że macha na nią znajoma siostra zakonna. Mama do niej szeptem mówi, że musi do łazienki i dlatego idzie. Na co siostrzyczka wyciąga klucz i proponuje mamie kibelek przy zakrystii :P - i kiedy mama odmówiła, stwierdzając, że jednak woli swój w domu i wyszła, siostrzyczka była naprawdę ostro zgorszona brakami w pobożności u mojej mamy. A ze śmiechu pękłam, bo po pierwsze jestem absolutnie pewna, że siostrzyczka pomyślała, że wybrakowana pobożność mamy mojej wynika ze złego wpływu, jaki na mamę mam ja. A po drugie, że siostrzyczka potraktowała mamę zupełnie tak, jak mama traktuje mnie. Z oburzeniem na wybrakowaną nabożność. Jak to się kołem toczy wszystko, no. 

01 czerwca 2026

muszę się wypyszczyć

 od kilku dni mama ma to, co nazywam górką. Najchętniej by wyjechała na mnie z mordą (i powiedziała, że to wszystko moja wina - co nb już i tak powiedziała), tyle że nie daję jej ani śladu pretekstu. Ale już mam dość i lada chwila pęknę. Dlatego po prostu muszę, muszę się tu wypyszczyć. 

Bo się czepiam i kontroluję, ile mama je, i ciągle gadam, że je za mało, i to jest moja wina. A dziś to w ogóle nie wiem, za co, chyba za to, że coś ją boli? W każdym razie jestem niedobra, że nie powiem zła, nie spełniam oczekiwań, powinnam zawsze i wszystko więcej, dłużej, lepiej, bardziej nabożnie i przede wszystkim bardziej klerykalnie. :P 

Ugotowałam obiad na dziś i na jutro (mama oczywiście nie chciała jeść, bo "dopiero jadła", a poza tym po co już dziś kupiłam botwinkę _dopiero_ na jutro? Bo jutro pół dnia jestem w pracy i gdybym o 13.30 przyszła do domu z surową botwinką, to obiad by był na 15.00 i nie chciałabyś jeść, bo już za późno. A tak to możesz ugotować przed południem, kiedy ja będę w pracy. Okazało się, że nie może - i ja ugotowałam dziś. Na jutro. Mea maxima culpa.)

I do tego dziś jest dzień dziecka. Prawda? Nie wiem, może mama się zorientuje za parę dni, że jednak był. I da mi stówę albo dwie, a ja to odbiorę jako "idź do sklepu i wypchaj się". Na cholerę mi te stówy. 

Całą nadzieja, że górka minie i znowu będzie parę miesięcy świętego spokoju. Ale obawiam się, że wcześniej będzie megaawantura i nie da się tego uniknąć.