i już prawie widać efekt końcowy. Tymczasem za oknem coraz bardziej jesiennie, zimne, ciemne dnie, zimne noce. Deszczu ciągle mało... ale na balkonie październiczki mają pierwsze pąki. Malutkie jeszcze, ale już są.
Dziś mam pozusowski :P syndrom dętki i zajmuję się głównie ogarnianiem mamy (piwnica, śmiecie, ugotuj wodę, wynieś jabłka na balkon, ogarnij aparaty słuchowe, ugotuj obiad), przy okazji piekę dynię na jutrzejszy dyniowy chlebek - wygląda na to, że w tym roku na imieniny mamy i moje urodziny upiekę po prostu chleb. Ciotka-neonka bardzo już walczy z chemioterapią i żadne party się nie kroi. Mama nie chce słodkiego jeść. A ja dla siebie nie będę piekła.
Kolejne pole aktywności to porządkowanie w wieloletnich popeerelowskich zasobach i przerabianie lnianych obrusów na lniane kuchenne ściereczki, których przynajmniej używam. No i tak.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.