When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

21 czerwca 2026

jakże mi gorąco

 dziś było trzydzieści kilka stopni przez większą część dnia i oczywiście ani kropli deszczu. Dopiero po 19.00 wyszłam na ogród i zaczęłam podlewaniem reanimować schnące wszystko.






Skończyłam podlewanie przed 21.00 i ucyknęłam jeszcze parę kwiatków :)


Co my tu mamy. Żółty onętek, kawałek goździka kamiennego, ozdobna kolorowa trawa, gipsówka, ruta, parzydło, kosmos różowy, dziurawiec, przetacznik i lipa. Chyba tyle. Już się suszą i mam nadzieję, że będę miała tym razem czas je wyjąć, zanim wyschną na wiór.

Z ciekawych dokonań - zakisiłam już pierwsze w tym roku ogórki, na małosolne, w kamiennym garnku. I na nich na wierzch wrzuciłam do kwaszenia zielone szparagi. Kiedyś jadłam i były dobre, ciekawe, jak mi wyjdą.

Tymczasem moje koleżanki - już emerytki wydzwaniają do mnie z zaproszeniami na pizzę. Mam ochotę zaprosić je na dwie rady pedagogiczne, zlecić pisanie protokołu i wypełnianie końcowych tabelek. :P A, i jeszcze mogłyby za mnie poprawiać tą ostatnią dziunię, której ciągle nie wystawiłam stopnia. Pizza, tia. 

Do tego mama znowu ma górkę, wczoraj na mnie wyskoczyła za nie pamiętam już co, dziś pogoniła sama do kościoła, chociaż prosiłam, żeby poczekała - zaszłam tylko na śmietnik, a ona już mi zwiała z zasięgu wzroku. A potem wpadła w szał, bo kazałam jej wodę pić. Wyszłam, oświadczywszy zamkniętym za sobą drzwiom, gdzie ją w takim razie mam i co może sobie zrobić, nie tylko z wodą. :P Tylko żebyż to była prawda. A prawda jest taka, że nie mogę jej mieć w, i że będę musiała te ataki wścieku wytrzymywać, i że będą pewnie coraz częstsze. 

A że jestem do dupy i najgorszą córką na świecie, to przecież i tak wiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.