zazdrośćcie
Wyobrażam sobie trzy sytuacje, kiedy ktoś lubi swoją pracę:
1. kiedy praca jest dla kogoś pasją i pracownik się w niej spełnia (i dostaje przy tym odpowiednie pieniądze)
2. kiedy ktoś jest uzależniony od pracy i zasuwa od rana do nocy aż mu łeb odskakuje i jest przekonany, że to mu daje szczęście
3. kiedy ktoś w pracy głównie siedzi nad kawką z koleżaneczkami i jest mu miło i przyjemnie w klimatyzowanym pomieszczeniu.
Żadna z tych trzech sytuacji nie dotyczy ani mnie, ani 99,99% nauczycieli. Tego 0,01% dotyczy sytuacja numer 1 o ile mają męża-sponsora. Bądź innego sponsora. Dlatego odchodzę z pracy bez nutki żalu i z westchnienim ulgi.
Dla tych, którzy nie są i nigdy nie byli nauczycielami: praca nauczyciela polega na tym, że zawijasz kilka godzin w szkole i kilka poza nią, także popołudniami, w łikendy i dni ustawowo wolne. Nie masz czasu na życie towarzyskie w pracy, bo masz 15 sekund na decyzję, czy 5minutową przerwę wolną od dyżuru i rozmów z rodzicami/dyrekcją wykorzystać na pochłonięcie kanapki, czy raczej na siku. Integracja socjalna w pracy nie istnieje, chyba że za integrację socjalną uznacie przepychanki o oceny, coraz częściej prowadzone niemal wyłącznie przez dziennik elektroniczny. I jeśli chodzi o zdziadzenie :P - to naprawdę prędzej zdziadziejesz będąc starym sfrustrowanym nauczycielem niż będąc szczęśliwym emerytem.
Nauczyciel(ka) po pięćdziesiątce zwyczajnie nie nadąża. Za bieganiem z piętra na piętro, z klasy do klasy, w ciągu 5 minut przerwy, i to niosąc pod pachą wszystkie pomoce naukowe. Za pilnowaniem dzieciaków, ile by ich nie było i ile nie mają lat (dzisiejsze osiemnastolatki są mniej odpowiedzialne niż kiedyś dwunastolatki) i hodowaniem sobie oczu dookoła głowy. Za ogarnięciem wszystkich wymaganych przez system (i dyrektora) papirów, które w ciągu trzydziestu kilku lat pracy zmieniały się kilkanaście razy i odchodziły w siną dal niepamięci, i nikomu nigdy nie bywały do niczego potrzebne - chociaż w czasie obowiązywania można było za ich brak ponieść zawodową śmierć. Czy ktoś dziś pamięta choćby instytucję ścieżek edukacyjnych? Nie nadąża też (może przede wszystkim) za rozwojem technologii i sztucznej inteligencji (przy wyraźnym kurczeniu się inteligencji naturalnej). Nauczyciela po pięćdziesiątce przekracza uczenie się wszystkich funkcji e-dziennika, drukowanie dokumentacji z systemu śni mu się po nocach, a ograniczenie porozumiewania się z rodzicami do elektronicznych wiadomości (które rzadko kiedy ktoś czyta) to według niego jakieś nieporozumienie. Nauczyciela po pięćdziesiątce przekraczają też uczniowskie metody ściągania wspierane przez wszelkie technologiczno-internetowe narzędzia. I myśli, że to wszystko po prostu nie ma żadnego sensu. Nauczycielce po pięćdziesiątce dochodzą do tego wszystkie uroki menopauzy: uderzenia gorąca (na lekcji też i wszyscy widzą, jak ci zaparowały okulary), przybywające kilogramy (których też nie da się nie zauważyć), inne problemy z prezencją, coraz gorszy wzrok i słuch, czego raczej ukryć się nie da, coraz gęstsza mgła mózgowa, przez którą zdarza się nie pamiętać w kluczowym momencie lekcji kluczowej informacji albo bezlitośnie przekręcać imiona uczniów - no i macie pełen obraz. Po prostu. Jak się robi tak śmieszno i straszno, trzeba się zbierać. Bez żalu. Z poczuciem, że już swoje w życiu przepracowałaś, a teraz można w końcu powiedzieć: ufff.
Żal? A czego tu żałować? Koleżanek z pracy, które - o połowę młodsze niż ja - jeśli już mają czas rozmawiać, to o jakimś zupełnie innym dziwnym świecie, którego nie mam ochoty poznawać? Dzieciaków, co dziś są, jutro ich nie będzie i nawet ci nie powiedzą na ulicy dzień dobry? Ich rodziców, którzy albo przez ostatnie kilka lat w ogóle nie zdążyli się do ciebie odezwać poza przekazywaniem wiadomości z prośbą o zwolnienie z lekcji, albo mieli głównie pretensje? Czy stosów papirów, ćwiczących zdolności artystycznoliterackie podczas wypełniania na początku roku, w połowie i na koniec?
W ciągu 32 lat pracy (plus rok pracy na czarno) uczyłam kilka? kilkanaście? tysięcy dzieciaków. Ilu z nich przydała się kiedykolwiek jedna rzecz z tego, co im kazałam wkuwać, prawdopodobnie mogłabym policzyć na palcach. Mogłabym pójść w idealizm i opowiadać o uczeniu cierpliwości, wytrwałości, właściwych wyborów moralnych i takich tam, ale podejrzewam, że gdybym weszła w ten ton, sami odpisalibyście: weź nie żartuj. :P
Świat się bardzo zmienił odkąd zaczęłam pracować - na czarno bodaj w 1991 czy 1992, legalnie w 1994. Obawiam się, że kilka razy w międzyczasie stanął na głowie. I mi się to nie musi podobać, i nie muszę w tym brać udziału. Kopernik, wstrzymaj ziemię, bo wysiadam.
I uprzejmie proszę podpisywać komentarze.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.