When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

środa, 11 lutego 2026

czelendż - początek lutego

 Przypominam roślinki zebrane do ususzenia na początku lutego:


od lewej: skrzydlaki klona jesionolistnego, gałązka derenia, gałązka świerka, gałązka ligustru z zimozielonymi liśćmi (w kolorze raczej czarnym). Na górze gałązka z porostami. 

Dominujące kolory: nadal biało-buro-czarno. 



Roślinki po ususzeniu wylądowały w słoiku:


Aktualny pasek słoikowy wygląda tak:


Roślinki wylądowały też w kalejdoskopie:


Mam zatem kilka kalejdoskopowych zdjęć:
















Gałązki derenia wychodzą jako delikatna pajęczynka? Sieć neuronowa? :)))

No i filmik:


wtorek, 10 lutego 2026

jedna trzecia lutego

 a nawet trochę więcej. Zbliżamy się do ferii zimowych i ostatni raz na nie czekam - a za moich czasów ferie właśnie by się już kończyły, bo zawsze, ale to zawsze ferie wypadały w pierwszych dwóch tygodniach lutego. Mam wrażenie, że zima też zaczyna myśleć o skończeniu się. Dziś, na przykład, padał deszcz. Na taki śnieg:


Deszcz śniegu wprawdzie jeszcze nie stopił, ale już próbował. 

Moje kiełki rosną i sukcesywnie kończą na kanapkach. 


Okazało się, że kiełkownica reklamowana jako rewelacyjna, taka z wentylacją i odcedzaniem, jakoś u mnie nie chce rewelacyjnie działać. I w ogóle rośliny najlepiej rosną, niestety, w ziemi.

Kryształy też rosną.

To jest soda:

To wygląda trochę jak coś, co wyrosło na szalkach Petriego (tak się to pisało?) - mieszanka kryształów (na powiększeniu ułożonych w śliczną choinkę) z osadem z herbaty.


A tu wygląda na to, że sól osadza się na górze, a cukier na dole. Ale próbować będę potem, jeśli. 

Malowanie po numerach postępuje, ale kolory mnie chyba pokonają.


No i jeszcze zdjęcie dekady, mało typowe jak na luty, ale mnie zauroczyło:

poniedziałek, 9 lutego 2026

śnieg, ipomea i czelendż styczniowy

 Filmik na podsumowanie czelendża styczniowego - skład ten sam co poprzednio, tylko wysuszony. Mam wrażenie, że ładniejsze kolorki. 


W ogóle proponuję oglądać te filmiki w wersji pełnoekranowej. 

Co do śniegu - trochę dopadało w nocy i znowu jest biało.

Jest szaroburo, lekki mróz - i zaczynam doceniać, jak pięknie kolorowe są bloki na moim osiedlu.

Kolorowo zakwitła też ipomea na moim parapecie. One chyba pogłupiały, że kwitną.




Nie mogę się doczekać wiosny. 

sobota, 7 lutego 2026

apetyt na wiosnę, roztopy i babskie czytadła

 czyli zaczynam poważną konsumpcję kiełków



Jeeeeeejjjj jakie to jest smaczne.... :))))

Apetyt na wiosnę zaspokajam też w sferze kwiatowej, zachęcona przez Agaję i roztopy. Wprawdzie z przekonaniem, że jak przyjdą przymrozki, będę musiała skrzynki wnosić do domu - ale zainwestowałam w prymulki. Moja zaprzyjaźniona sieciówka w promocji zaoferowała mi 10 prymulek za 11 złotych - no i przepadło. 



Te na górze stoją u mnie, te na dole - u mamy. U mamy wszystkie już kwitną, wśród moich będą dwie niespodzianki kolorystyczne.

A o roztopach pisząc - już trzecia doba powyżej zera, spod śniegu zaczyna wyglądać trawa (i śmiecie), i wszystko jest szarobure i mokre.

Wzięłam dziś mamę na spacer i orzekła, że to nie jest dobra pogoda na przechadzki. A wzięłam ją, bo już nie mogła w domu wysiedzieć. 

A zatem głównie siedzimy w domu, nadrabiamy wszelakie zaległości, w tym malunkowe


i czytelnicze. 
Z serii "babskie czytadła" kolejny, 11 już tom Rodziewiczówny: "Na fali".


Tom bez mojej ulubionej linii tematycznej i bez wschodniego umiejscowienia. Opowieść o utracie ideałów i o tym, że ideały nie powinny być nadmiernie wyidealizowane, bo skończy się jak skończy. Głównym bohaterem jest całe życie nieszczęśliwie zakochany (i nieszczęśliwie ożeniony) Józef, postać dość blada i tym tylko zaskakująca czytelnika, że to nie on popełnia samobójstwo w trakcie akcji. :P Blado wypada także niespełniona miłość Józia, dziewczę żyjące poszukiwaniem wszelakich - także miłostkowych - wrażeń, a mimo to na tytułowej fali świetnie się unoszące do samego końca powieści i bodajże potem też. Natomiast świetnie zarysowane są dwie inne postaci, sknerowato skąpe małżeństwo właścicieli pewnego młyna.

No ale właśnie - tytułowa fala.



Po pierwsze: jest życiową falą, płaszczyzną, na której utrzymać się należy, żeby nie wpaść pod wodę i nie zakończyć nędznego żywota szybciej niż by należało, i w większej nędzy niż to wygodne. Po drugie, fala jest powierzchnią, na której się pisze to, co szybko znika. Symbolem niestałości, niepewności, zmienności i w końcu klęski. Jak los. Jak ludzkie życie. Jak kobieta.

A to już przecież Dawid w Psalmach śpiewał, że na człowieku nie ma co polegać. A Budka Suflera chyba? duuużo później doprecyzowała, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie. :P. I ten sam morał - pomiędzy dawnym prorokiem a współczesnym rockowym zespołem - niezwykle dobitnie przekazuje Rodziewiczówna. 

Więc pewnie coś w tym jest.

czwartek, 5 lutego 2026

początek lutego

 czyli śnieg, mróz i zima, którą jestem już trochę zmęczona - chociaż ok, ładnie jest.




Dziś zaczęło się toto topić, ale topi się póki co powoli i spokojnie, bez wielkich powodzi czy gołoledzi. 

W szkole skończyłam we wszystkich klasach dział numer 4 (z 8 - czyli jestem na regulaminowej półroczowej połowie). Odbyło się też ostatnie semestralne zebranie z rodzicami. W tle gdzieś przesuwa mi się jakaś jedna czy druga niezwykle roszczeniowa mama, no ale jestem w stanie to znieść - może dlatego, że mam nadzieję, że to już ostatni raz.

W domu... hm... w domu:


Kiełki rosną i nie mogę się doczekać, aż wyrosną do wielkości konsumpcyjnej. Mój organizm czuje wielkie zmęczenie (teraz powinny być ferie, nie za 10 dni!) i ogromny brak witamin. No ale muszę jeszcze parę dni poczekać.

Kryształy hm. Na pierwszym planie słoik z kwaskiem cytrynowym, w którym nic się nie dzieje  - muszę kupić ze 3 paczki kwasku i dosycić roztwór.


Z tyłu roztwór soli i cukru w herbacie i w wodzie.


W roztworze w wodzie kryształki zaczynają się osadzać także na dnie.



W roztworze w herbacie osadza się głównie herbaciany osad. 



A to słoik z nasyconym roztworem sody. Wystarczyło tej sody nadspodziewanie mało, tylko paczka i trochę. To, co się wytrąca, jest dziwne. :) Bardzo hm żywe. :P


Mam wrażenie, że wytrącone grudki czy kryształki nadal przeprowadzają jakieś chemiczne reakcje i potrafią pękać, spadać na parapet, wyrastać na zewnątrz słoika. 


W sumie eksperyment ciekawy, polecam. 

Dziś wracając z pracy wyciągnęłam z topniejącego śniegu pięć roślin:


Na górze gałązka obrośnięta porostami, na dole nasiona klonu jesionolistnego, gałązka derenia, gałązka świerka i gałązka z liśćmi ligustru. Ligustr sczerniał, ale liście są i w czasie odwilży widać je coraz wyraźniej. Flora wylądowała w książce do suszenia roślin - zaiste nie nadającej się do niczego innego. :P Za kilka dni czelendżu dalszy ciąg.