czyli śnieg, mróz i zima, którą jestem już trochę zmęczona - chociaż ok, ładnie jest.
Dziś zaczęło się toto topić, ale topi się póki co powoli i spokojnie, bez wielkich powodzi czy gołoledzi.
W szkole skończyłam we wszystkich klasach dział numer 4 (z 8 - czyli jestem na regulaminowej półroczowej połowie). Odbyło się też ostatnie semestralne zebranie z rodzicami. W tle gdzieś przesuwa mi się jakaś jedna czy druga niezwykle roszczeniowa mama, no ale jestem w stanie to znieść - może ldatego, że mam nadzieję, że to już ostatni raz.
W domu... hm... w domu:
Kiełki rosną i nie mogę się doczekać, aż wyrosną do wielkości konsumpcyjnej. Mój organizm czuje wielkie zmęczenie (teraz powinny być ferie, nie za 10 dni!) i ogromny brak witamin. No ale muszę jeszcze parę dni poczekać.
Kryształy hm. Na pierwszym planie słoik z kwaskiem cytrynowym, w którym nic się nie dzieje - muszę kupić ze 3 paczki kwasku i dosycić roztwór.
W roztworze w wodzie kryształki zaczynają się osadzać także na dnie.
W sumie eksperyment ciekawy, polecam.
Dziś wracając z pracy wyciągnęłam z topniejącego śniegu pięć roślin:
Na górze gałązka obrośnięta porostami, na dole nasiona klonu jesionolistnego, gałązka derenia, gałązka świerka i gałązka z liśćmi ligustru. Ligustr sczerniał, ale liście są i w czasie odwilży widać je coraz wyraźniej. Flora wylądowała w książce do suszenia roślin - zaiste nie nadającej się do niczego innego. :P Za kilka dni czelendżu dalszy ciąg.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.