i babskich czytadeł.
Czyli wróciłam do Rodziewiczówny. Książka taka sobie. Historia nieco nawiedzonego chłopaka, który mógłby być świętym epoki industrialnej.
Przy okazji - świetnie widać, jak ludzie z końca 19 i początku 20 wieku wyobrażali sobie świętych. Nie są to już może eteryczne, wiecznie wzdychające, półprzezroczyste sylwetki ascetów rodem ze średniowiecza. Ale. Mamy tu wyraźnie zarysowany obraz człowieka, który odrzuca życie doczesne w sensie, że nie spodziewa się po nim niczego dobrego i zużywa je (dobór czasownika przemyślany) na pozyskiwanie zasług na wieczność. Ani śladu jakiejkolwiek wzmianki o jakiejś relacji delikwenta z Bogiem - za wyjątkiem grzecznego życia modlitewno-sakramentalnego, za to silny rys prospołeczny - ludzi trzeba hm wychowywać i robić im jak najwięcej dobra (w domyśle: to się w wieczności opłaci), natomiast z niewzruszoną cierpliwością znosić wszelkie zło od losu i od ludzi (bo za to w wieczności będzie wynagrodzone). Małżeństwa, oczywiście, się nie zawiera, życie seksualne nie istnieje, za to wychowuje się cudze dzieci - i to mi jako żywo przypomina jakąś nabożną książkę, w której nie pamiętam jaki święty zaopiekował się znajdą i dziękował Bogu, że oto ma dziecko bez potrzeby "kalania się z kobietą". Nie skomentuję.
W sumie książkę czyta się wystarczająco przyjemnie, bo akcja wartka, zwrotów w niej nieoczekiwanych kilka, a apostolstwo mało nachalne. A gorsze momenty zawsze można przysłodzić najnowszym dżemikiem jabłkowo-malinowym.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.