kiedyś miałam taką książkę. Opowiadała o bólach dzieciństwa jakiegoś węgierskiego dzieciaka. Z niej dowiedziałam się, co to jest domofon (serio) i że chłopcy wrzucani do ognistego pieca nazywali się kolejno Szadrak, Meszak i Abed-Nego. Chyba właśnie w wersji z k na końcu. Coś tam było jeszcze o węgierskim Robin Hoodzie czy Janosiku. Taka lekcja kulturówki.
Obawiam się tylko, że najgorsze dziecko na świecie wcale nie mieszka na Węgrzech i cokolwiek bym nie zrobiła, tego nie zmienię. Jak się kogoś nie lubi, świadomie czy nie, wszystko można zinterpretować przeciw niemu. Ostatnio na przykład wszystko, co robię w stosunku do mamy, jest złośliwe. Bo ona tak o mnie myśli. Kropka. Tak, masz rację, jestem najgorszym dzieckiem na świecie. W ogóle chyba jestem najgorszym człowiekiem na świecie, a do tego jeszcze kobietą. Nie ma dla mnie żadnych szans.
Jest przecież taka definicja prawdy: taki jesteś, bo ja tak o tobie myślę. Koniec dyskusji. Nawet nie ma sensu się bronić. Nie udowodnisz.
Strasznie boli mnie łeb po ostatniej szkolnej radzie i imprezie pożegnalnej. Bynajmniej nie z przepicia. Z nadmiaru bodźców, z hałasu, z niezdrowego jedzenia. Do jutra-pojutrza może przejdzie. A jak nie, mam to w. Przecież ze mnie i tak nic nie będzie. Mogę się starać do usranej śmierci, nigdy nie wyjdzie mi nic dobrego.
Tak wygląda jeden z moich dwóch powodów do życia. Właśnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.