czyli nagle obudziłam się w rzeczywistości biegania z mamą na zabiegi, przygotowań do odwiedzin moich neonów z Kielc, kiszenia ostatniej porcji ogórków, wykonywania zaległych zakupów na targu i w marketach, do tego mama (przed gośćmi) zażyczyła sobie zaprowadzenia do fryzjera... więc kiedy po pokonaniu porannych formalności u mamy, kiszenia ogórków, fryzjera i łot not siadłam w końcu do jutrzni (była 10.00? 11.00?) i w połowie psalmu numer jeden zadzwonił brat z prośbą o ogarnięcie mu wynajmu jego mieszkania, to uwierzcie, że wcale nie psalmy były mi w głowie. No chyba że te, które wycenzurowano z brewiarza. :P
Jakim cudem wyrwałam z tego dnia dwie godzinki na grilla w ogrodzie, naprawdę nie wiem.
Chciałabym mieć czas na celebrowanie grilla, nie na połykanie ledwie miękkich szaszłyków w biegu między kolejnymi sprawami, które koniecznie muszę załatwić.
edytowane, bo sobie przypomnialam.
Grilluję te szaszłyki, dookoła gruchają gołębie. Jak ja ich nie lubię, jak bym jednego z drugim zgrillowala - mruczę. To zgrilluj. :P Nie. Czemu? Bo ich nie lubię. :P
Kurtyna.



Z malinami :)))
OdpowiedzUsuńza mało czasu było, żeby się nimi zachwycić...
Usuń