ostatnie matury za mną. Przeraża mnie ZUSowska papirologia...
Dla relaksu: majowy kalejdoskopowy czelendż.
I filmik:
Miłego oglądania!
ostatnie matury za mną. Przeraża mnie ZUSowska papirologia...
Dla relaksu: majowy kalejdoskopowy czelendż.
zimę traci albo bogaci. :))) Tia wiem, to przedsoborowy święty Maciej z 24 lutego bodaj, ale w tym roku przysłowie pasuje jak pięść do ryja. Do wczoraj było tragicznie zimowo zimno. Dziś trochę cieplej. Jutro zobaczymy, co z zimą zrobił święty Maciej.
Na razie pozdrowienia z ogrodu.
prawie skończyłam pracę w komisjach maturalnych. Zdążyłam się załamać niskością emerytury. Pierwszy raz dotarło do mnie, że pracuję jeszcze 7 tygodni wszystkiego - i to jest dziwne uczucie. :P Jestem bardzo zmęczona i nie wystarcza mnie na pracę, opiekę nad mamą, podstawowe dbanie o zdrowie i jakieś jeszcze życie poza wymienionymi wcześniej. Cały czas jestem przekonana, że powinnam wszystko robić szybciej, wkurza mnie niemożność bycia w trzech miejscach jednocześnie i wykonywania pięciu czynności naraz. :P Mam wyrzuty sumienia, że mama nie jest dopilnowana, że znowu czegoś nie zrobiłam, czegoś nie zauważyłam, nie ogarnęłam, zrobiłam źle. Z drugiej strony w pracy przydałoby się siedzieć długie godziny, a jeszcze dłuższe poświęcać na pracę w domu. I czasu na życie nie ma już wcale.
Kwestie babskie nie pomagają. Fale gorąca, problemy z przespaniem nocy, niezwalczone syfy na gębie, duuużo wolniejsze funkcjonowanie, mgła mózgowa, takie tam.
Dobra. Zdjęcie z dekady:
i w katedrze, tia.
Dziś z ogrodu przybyła nowa kolekcja:
Zawilce wielkokwiatowe, tasznik, liście paproci, młodziutkie liście winogronu, niezapominajka, lilak, żarnowiec, skalnice, floks szydlasty, konwalia, bratki, gwiazdnica, liście przytulii, smagliczka, kocimiętka, liść ruty, szydlica - chyba tyle. Cała majowa rozmaitość. Wylądowały w książce do suszenia.
A w katedrze światło odbijało się w wypolerowanej podłodze tak samo jak w 2012.
Dywan pewnie był tak samo zakurzony.
Pomódlcie się czasem za nich. Żeby patrzyli na świat i ludzi z pozycji dywanu, nie tronu. Światła odbitego w posadzce, nie żyrandola.
I ja też.
Bo mozolnie wracam do etapu drugiego skrutinium :P i hm, czasami wraca nas życie, nie żadni ważni decydujący. Nie wiem, czy przebrnę.
piątej z kolei w tym tygodniu. Dwa tysiące może i są głodową emeryturą, ale przynajmniej na maturach nie będę więcej siedzieć.
Więc w tym tygodniu siedzę już piąty raz i jeszcze będę siedzieć w poniedziałek, w sumie 4,5+3,5+2,5+3+3+3 godziny, czyli prawie 20 godzin siedzenia i gapienia się w sufit. Do dyspozycji mam leżące na stole maturalne dokumenty, parę kartek i czarny długopis. Nieścieralny, rzecz jasna. Więc. Biorę pierwszą kartkę i pierwsze z brzegu dłuższe słowo z maturalnej dokumentacji. Niech będzie DODATKOWYCH. Najpierw klasyka: układanie wyrazów z liter tego słowa. KOD, DOK, CHODAK, DACH, KAWA, WADA, KOCHA, CHWAT, OKOWY... Zabawa na pierwsze trzy godziny. Potem level up. Ułóż możliwie sensowne zdania tylko ze słów, które można ułożyć z liter słowa wyjściowego. DACHOWY KOT, CO DYCHA, DWA KOTY CHWYTA, O, CHWAT!
W ten mniej więcej sposób udało mi się te 20 godzin przeżyć. :)))
Było tego więcej, tu tylko kilka.