mamy staż dłuższy niż większość związków znanych mi mniej więcej rówieśników, o młodszych niż ja szkoda gadać. Bezkonfliktowo nie jest. Chyba to prawda, że trwałe związki w dużej mierze opierają się na wytrzymywaniu ze sobą. Sustine Dominum, tia.
Chociażby. Siedzę ostatnio na mszy w czwartej ławce kościoła i akurat widzę, jak ksiądz odwija po kolei te ołtarzowe płócienka. I myślę: nie Chciałeś, żebym je robiła, tak? Nie podobały Ci się? Wszystko Ci jedno, czy je robię, czy nie, prawda?
Takich pytań jest dużo. O szkołę. O relacje. O ludzi. O fakty w mojej historii. I ciągle jest to samo: nie Chciałeś, nie podobało Ci się, nie było Ci miłe, tak? Albo: wszystko Ci jedno, że wyszło tak, że nie jestem Ci na nic potrzebna. Ani w Kościele, ani w życiu.
Kiedyś myślałam, że chodzi o to, żeby oddać na służbę moje talenty. To, co umiem robić. I okazało się, że nikt tego nie chce, że nikt w Kościele mnie nie chce, najlepiej, jakby mnie nie było, albo gdybym przynajmniej udawała, że mnie nie ma.
Co Ty byś Chciał, co ja mam robić, żeby w końcu Ci się coś spodobało, przydało, żeby mi chociaż było wolno to robić. A nie ciągle nie i nie. Nie to, nie to, nie to - to co? Czy wystarczy Ci, że z grubsza przestrzegam dekalogu i nic więcej ode mnie nie Chcesz? I jaki to ma mieć Twoim zdaniem sens?
Bo zaczynam myśleć, że zupełnie bez Twojej woli wp**łam Ci się w historię tam, gdzie nie powinnam się wp**ać i wszystko zepsułam. I teraz już się nie naprawi.
I co teraz?
Byś przynajmniej ten cholerny świat skończył.
Mimo wszystko gratuluję rocznicy 🌷🌷🌷
OdpowiedzUsuńpodsumowałabym to taką radą praktyczną: nigdy nie zakochuj się w Bogu, bo On to wykorzysta tak, że ci w pięty pójdzie. /eufemizm
OdpowiedzUsuń