chwała Bogu. Właśnie skończyłam sprawdzać ostatnią w życiu maturę próbną w klasie 4 (i tak, jestem załamana - mam wrażenie, że niektórzy maturzyści piszą tak, jakby uważali, że do wysokiej komisji wystarczy się ładnie uśmiechnąć, zatrzepotać rzęsami, a punktu same wlecą). Czeka mnie jeszcze jedna matura rozszerzona w klasie 3, ale to w najbliższych tygodniach. Dziś znowu brakuje mi doby (i sił) - ilość pracy, jaką muszę wykonać w sobotoniedzielę naprawdę mnie przerasta. Szabat nie szabat, niedziela nie niedziela. Ani na żyda się nie nadaję, ani na chrześcijanina.
Może jak pójdę na emeryturę, będę mieć więcej czasu na pracę na tygodniu i nie będę musiała pracować w łikend, no ok, nie będę musiała pracować w niedziele. W soboty raczej będę. Musiała. Dziś po mszy z mamą pobiegłam (z mamą) na autobus na cmentarz, ogarnęłam wstępnie rodzinne groby, wróciłyśmy autobusem, potem gotowanie obiadu, potem siadłam do upierdliwości profesjonalnych - i tym sposobem mamy 20.00 na zegarku, a mnie jeszcze czeka kolacja, położenie mamy spać i jeszcze prasowanie, bo jutro nie będę mieć co do pracy na d włożyć.
To ja lecę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.