When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

18 marca 2026

na świętego Józwa

 w ogrodzie bruzda.


Jeszcze nie skopałam i nie wygrabiłam wszystkiego, ale na skopanym kawałku posiałam dziś pietruszkę i zielony groch, ten od Mendla. Obawiam się jednak, że cały będzie kwitł na biało, selekcjonowany jest. 

A krokusy chwilowo kwitną na żółto - to moje najwcześniejsze.





Za chwilę zakwitną fioletowe, białe i paskowane. 

Kwitną też wrzośce - naprawdę kwitną, chociaż jeszcze dwa tygodnie temu wyglądały na obmarznięte.


I zakwitła pierwsza miniaturowa cebulica. Aż tak miniaturowa:



Poza tym moje uwielbienie dla raniuszków nie maleje jakoś :)









chociaż przeczuwam, że rośnie im konkurencja - spotkałam dziś w ogrodzie strzyżyka. :) Nie dał się zdjąć, uciekł, potrząsając gniewnie malutkim zadartym ogonkiem. Za to zdjęłam... no właśnie?


Drozd czy paszkot? Chyba drozd?




Jakże toto mi śpieeeewa... :)))

No i czymże byłby tajemniczy ogród bez tego pana:


:)
Tak wiem, są tu przecież miłośnicy przylaszczek. Proszsz.



Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze 3-4 lata temu, że będę mieć w ogrodzie raniuszki, nie uwierzyłabym. U nas w ogóle nie było raniuszków. Strzyżyki też były mityczne. Drozdy zdarzały się rzadko, kosy mieszkały w lesie, czasem w parku. 
Marzę jeszcze o spotkaniu dudka. I czarnego bociana, oczywiście. :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.