When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

Challenge 2026

31 października 2025

koniec października

 Bogu dzięki. Zdecydowanie należy mi się długi łikend na Wszystkich Świętych, ale w tym roku go nie ma - więc w pierwszy tydzień listopada wejdę nieludzko zmęczona. I piękna droga do pracy raczej mi tego nie wynagrodzi do końca.



I myślę, że to poniżej będzie zdjęciem dekady:




Ostatnie dni to straszliwe zmagania w pracy, jak już dawno nie. Zmagania z ludzkim debilstwem głównie. Obawiam się, że niestety jeszcze nie ostatnie. 

W każdym razie październik mamy do przodu.

26 października 2025

o czytadłach, z naciskiem na Andersena

 Kolejny tom Rodziewiczównej przeczytany.


Jak na razie na liście przebojów zajmuje miejsce ostatnie. Bohater jest raczej antybohaterem, zdradza swoją ziemię, wiary dochowuje jedynie swojemu cudacznie rozumianemu honorowi. Świat jest pokręcony i zły, Sodoma bez jednego sprawiedliwego.


Kolejną pozycją na liście czytelniczej są Baśnie Andersena. 


Przedziwnie podobne w ukazaniu opisywanego świata: u Andersena nie warto liczyć na dobre zakończenie historii, częściej się nie zdarzy, niż zdarzy. Świat częściej niż rzadziej jest okrutny i zły. Opis warstwy arystokracji - jak choćby w Świniopasie - wypisz-wymaluj jak w Magnacie Rodziewiczówny. Obawiam się, że u Andersena ucieka mi wiele gierek słownych, kontekstów sytuacyjnych i sformułowań zrozumiałych tylko dla Duńczyków, a może szerzej: dla Skandynawów. Mi się zapala lampka, że autor miał na myśli, ale nie potrafię odszyfrować co.

Mój mózg zalicza Baśnie Andersena do tej samej szufladki, co szwedzką Cudowną podróż - jeśli ktoś ją zna i pamięta. Jakoś mi się nakłada sposób rozumowania i sposób narracji. Nawet jeśli w Cudownej podróży nie ma Boga.

U Andersena - jak i u Rodziewiczówny - Bóg jest. Z tym, że Boga Rodziewiczówny mniej więcej znam. Boga Andersena zgaduję. To Bóg Dziewczynki z zapałkami, chyba bliskiej krewnej Kopciuszka - z tym, że u Andersena dobre zakończenie występuje chyba nawet rzadziej niż u braci Grimm). To Bóg starego dębu, co śnił sen życia w wigilijną noc (motyw Wigilii i Bożego Narodzenia wraca Bajkach często) - i to jest ostatnia noc jego życia. To Bóg, który ukarał złego księcia ukąszeniem komara, i który w końcu zlitował się nad dziewczyną, co podeptała chleb. BTW w tej bajce Andersen wyraźnie opisał czyściec. Nieźle jak na protestanta. Co ciekawe, opisuje też kościoły pod wezwaniem przeróżnych świętych - i jakie to nieprotestanckie.

I tak, zgadzam się, że większości bajek Andersena dzieci czytać nie powinny.

20 października 2025

dwie trzecie października

 kicham, opiekuję się ciągle chorą na grypę mamą, łażę do pracy, marzę, że nie będę musiała łazić z katarem po pracach... jeżdżę po cmentarzach i sprzątam nasze groby powoli, bo potem ma padać. Robię zakupy... 

Dziś w sklepie pani stojąca za mną do kasy na widok sześciopaku mleka w moim wózku (promocje...) spytała: a to nikt młodszy nie mógł pani tego mleka przywieźć? No tak się składa, że aktualnie to ja jestem najmłodsza w rodzinie - odpowiedziałam. Ano. A u cyganów kto po wodę chodzi? :P

Zdjęcie dekady:


18 października 2025

po urodzinach

 czyli mam już 53 lata. Nie że jakieś niesamowite wrażenie to na mnie wywiera, ale zawsze to 53 do przodu. Na razie zmagam się z menopauzą głównie pod postacią mgieł mózgowych, zalewów gorąca, braku energii i motywacji do czegokolwiek, zwolnienia tempa robienia wszystkiego i takich tam rozkoszy babskiego żywota.

W szkole odhaczyłam już we wszystkich klasach dział pierwszy (z ośmiu), zaliczyłam lekcję w kinie, przeprowadziłam pierwsze próbne matury. W domu zaczynam myć okna na zimę i przygotowuję się do dekorowania grobów na Wszystkich Świętych, ale co mam trochę wolnego czasu, to akurat leje. 

Przeczytałam Dewajtisa - drugi tom z megakolekcji Rodziewiczówny. 




Chyba jedna z najsłynniejszych jej powieści i jedna z lepszych. Osadzona, jak należy, w realiach żmudzkiego wschodu. Z motywem rycerza bez skazy :) i świętego dębu, więc wszystkie należne archetypy uwzględniono. A, i motyw miłości, oczywiście, też - chociaż jak zwykle czytelnik już od początku wie, kto tu się z kim będzie żenił. Bardziej uwagę przyciąga postać niezwykłego czarownika-kpiarza o drewnianej nodze (pamiątka po powstaniu), który hoduje czeredę niezwykłych zwierzątek, od jeża po wiewiórkę, a w środku jest jeszcze lis, ptaki w klatce, ptaki bez klatek i co nie jeszcze. I szkoda mi tylko starej kobyły, zajeżdżonej na śmierć w potrzebie - i dobrze, że chociaż źrebak się uratował. 

15 października 2025

połowa października

 za mną długi nauczycielski łikend, ostatni dzień nauczyciela (dla ciekawych - dostałam jedno małe merci i jedno małe pudełko ferrerorosche czy jak to się tam nazywa), imieniny mamy i wypad z dzieciakami do mediateki na wystawę o Europie ratującej Żydów w czasie II wojny. Taka ciekawostka.

Upiekłam w tym czasie chleb - babcia byłaby dumna.

Postanawiam piec chleb częściej.

W karmniku oprócz sikorek i sójek dzięcioł i kowalik.




Babcia je odganiała, ja się nimi zachwycam.

10 października 2025

pierwsza dekada października

 za mną. Pokonałam praktykanta, olimpiadę, wyjście z dzieciakami na jakąś wystawę, dwie awantury z mamą, rekolekcje i odpust na parafii, spowiedź... Na balkonie fotokarmnik złapał dziś kawałek sójki. Cała sójka jest zdaje się za duża na możliwości karmnikowej kamerki. 



Może kiedyś usiądzie tak, że złapie się cała.

Kupiłam cały stos sztucznych kwiatków na cmentarz


trzeba będzie zacząć powoli jeździć, porządkować, dekorować. Zamówiłam też prezenty pod choinkę dla Malątek. 

Zdjęcie dekady:



06 października 2025

sprawdziłam olimpiadę

 i ani jednej olimpiady już w życiu moim, proszę. 

Z dziką satysfakcją odhaczam te kolejne realizowane sprawy, ostatnie - mam nadzieję - razy. Mam nadzieję, że niebawem zacznę kategorię "pierwszy raz" i że będą to wpisy znacznie przyjemniejsze. 

A w sumie to czemu by nie...

Właśnie zamontowałam na balkonie fotokarmnik i mozolnie się uczę go obsługiwać. I chociaż rozminęłam się z najgorszym zimnem, wygląda na to, że bogatki kamery się nie boją i karmnik zamierzają frekwentować.










03 października 2025

koniec sezonu przetwórczego

 zrobiłam 11 słoików mieszanki warzywnej utrwalonej solą. To baza do zimowych zup.


Zamiast gotować wywar na surowych warzywach, w zimie drogich i średniej jakości, daje się łyżkę -dwie takiej przyprawy ze słoika. I zupy się już nie soli. Słoiczki przydają się szczególnie podczas zimowych choróbsk, kiedy nie chce się albo nie da się wyskoczyć po marchewkę czy pietruszkę.

Tym samym moja piwnica już jest pełna przetworów. 

edytowane po południu:

Chwała Bogu, pożegnałam dziś ostatniego w życiu praktykanta. Ani jednego praktykanta nigdy więcej. 

02 października 2025

a ja czytam...

rzadko i z doskoku, ale czytam.

 
Tą właśnie książkę poznałam w wieku jakichś sześciu lat. Tata nagrał mi ją (czytaną przez siebie) na taśmę do magnetofonu szpulowego i słuchałam jej na okrągło może z milion razy. Teraz, kiedy sama czytam, słyszę głos i intonację taty. 

I to było moje bodaj pierwsze spotkanie z Biblią. Spotkanie, które pamiętam żywo  do dziś i które do dziś we mnie pracuje.


Śmieszne, że w takiej książce, w dodatku napisanej przez pana komunistę, sekretarza partii i w ogóle jakąś ogólnie ciekawą postać > google: Stanisław Stampf'l. A jednak.

Teraz czytam po wielu, wielu latach i bawię się świetnie. Bo Autor nie wiedział, czym są opuncje (chyba myślał, że kolczastymi krzewami jak tanina?) i nie miał pojęcia, co ma w środku orzech kokosowy ani z czego właściwie wytłacza się ten olej. Myślał, zdaje się, że z pestek :P. Poza tym pomysł, że jeden nóż (składany) wystarczy na kilka naście lat nieustannego wszechstronnego użytkowania (ze ścinaniem drzew włącznie) dziś wydaje mi się nieco kosmiczny.

A w ogóle to mam naprawdę dużo frajdy z czytania.