wygląda na to, że udało mi się zreanimować mp3 mamy. Na razie działa. Mam szczere postanowienie chowania wszelkiej elektroniki przed dzieciakami, szczególnie czytacza i aparatów słuchowych mamy.
Ogarnięcie czytacza zajęło mi całe przedpołudnie. Dopiero potem mogłam pójść na ogród. Zmarznięty, wcale nie wiosenny.
Kwiatki gotowe na wiosnę, po pierwszej ciepłej nocy rozkwitną na dobre. Zeszłoroczna pietruszka chyba najlepiej znosi zimna, ale trochę za mała jeszcze jest.
Szczypiorek też jeszcze potrzebuje kilku dni.
Na szczęście jest jeszcze siedmiolatka.
Wylądowała na kanapkach. I była tak dobra, że aż słodka :)))
Przeczytałam w końcu kolejny tom Rodziewiczówny.
Rodziewiczówna kolejny raz próbuje uświadomić kobietom, że nie są zbawicielkami świata i że nic z tego nie wyjdzie, jeśli będą próbowały być. A wrzos posadzony na miejskim kwietniku najczęściej zdechnie. Ten morał właśnie wypływa z historii wiejskiej dziewczyny, nieszczęśliwie zakochanej w chłopaku, który zaginął bez wieści, a poślubionej panu z miasta stołecznego, który ostentacyjnie kocha inną. Streszczenie jak z kiepskiego melodramatu, wszak to babskie czytadło - ale całość czyta się wystarczająco gładko i przyjemnie.
A poza tym marzę o trzydniowych łikendach. I jeszcze 48 lekcyjnych dni do emerytury. I bardzo mi to przeszkadza. :P Czuję się jakbym siedziała na szpilce. :P
O, oglądałam kiedyś stary polski film "Wrzos", to na pewno ta sam historia, ale nie wiedziałam, że na podstawie powieści Rodziewiczówny. Smutna historia
OdpowiedzUsuńUsunęłam zdublowane komentarze. :) Film pamiętam z czasów licealnych, znaczy pamiętam, że był. Książkę czytałam jak zupełnie nową, nieznaną opowieść.
OdpowiedzUsuńDzięki, to trochę krępująca sytuacja, jak najpierw nie chce się opublikować, a po czasie się okazuje, że jednak poszło.
OdpowiedzUsuńTak na marginesie: w tym filmie jest scena przysięgi małżeńskiej i właśnie stamtąd się dowiedziałam, że dawniej kobieta ślubowała mężowi "miłość, wiarę, uczciwość i posłuszeństwo". A mąż wszystko to samo oprócz posłuszeństwa. Taka drobna różnica :) a sporo zmienia
Czasem serwer ma czkawkę. :) Tak na marginesie, Rodziewiczówna pisze o rozwodach branych w kurii biskupiej. Nie wiedziałam, że coś takiego było.
UsuńByło to tak nazywane i było kosztowne, ale co do istoty to było to co teraz - stwierdzenie nieważności. Magdalena Samozwaniec pisała, że tato Wojciech Kossak raz się wykosztował na koscielny rozwod jej siostry, Marii, a ona zaraz znowu głupio wyszła za mąż. Drugi raz już jej tata nie ratował :) Więc potem jego dzieci miały tylko cywilne rozwody i śluby.
OdpowiedzUsuń