When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

Challenge 2026

30 września 2025

i minął wrzesień

 Za mną wrześniowe rady (i wisi nade mną jeszcze jeden wrześniowy protokół), kilka tabelek na początek roku, pierwsze tegoroczne klasówki. W szkole nie grzeją, ziąb potworny - i muszę przyznać, że z dużą ulgą myślę, że kolejna jesień już będzie spędzana w ciepłym, ogrzewanym domu. 

Zdjęcie dekady:


Dzięcioł zielony.

26 września 2025

już od dawna

 zbieram się, że by popełnić wpis o menopauzie. Temat bardzo tabu, chyba nawet bardziej niż miesiączka. Bo nowoczesna baba się nie starzeje i menopauzy nie ma, tak?

Niestety, cały babski wymiar istnienia od zawsze był dla mnie niezwykle bolesny, niewygodny i utrudniający życie pod każdym możliwym względem. Od dojrzewania w wieku lat dziesięciu, kiedy jajniki bolały mnie tak, że podejrzewali zapalenie wyrostka i bałam się, że na pewno wywiozą mnie do szpitala i będą operować, albo że coś mi tam pęknie i umrę. Potem przez co najmniej 40 lat był przedłuuuugi czas comiesięcznego użerania się z niekoniecznie regularnym cyklem - i to w czasach głębokiej komuny, kiedy dostać jakiekolwiek środki opatrunkowe to było wyzwanie. I wreszcie wraz z pandemią, czyli jakieś 5 lat temu, pojawiły się pierwsze oznaki, że może już nastąpi koniec tego paskudztwa. Gdyby czasy były normalne, prawdopodobnie wylądowałabym u lekarza z samego strachu, że "coś jest nie tak". Ale czasy normalne nie były, a stres raczej w powrocie do normalności nie pomagał. I tak jakoś około pięćdziesiątki mi się posypało.

Że hormony już same nie wiedzą, co ze sobą zrobić, to widzę na każdym kroku. Nie tylko w szaleństwach cyklu (na pół roku stop, a potem przewrót kopernikański, szał emocji, rzyganie jak w ciąży i znowu okres). Nie tylko w osławionych zalewach gorąca, nie tylko w zwiększonej drażliwości połączonej z upierdliwością (naprawdę głęboko współczuję wszystkim, którzy muszą żyć w pobliżu kobiety, a szczególnie jeśli to kobieta okołomenopauzalna). Nagle zaczęłam wszystko robić trzy razy wolniej. Wybranie się rano do pracy na 8.00 zaczyna się o 6.00, podczas gdy kiedyś naprawdę wystarczała 7.00. Teraz nie.

Kłopoty z cerą (zasyfiło mnie jak nastolatkę), częste bóle wszystkiego (nie tylko, choć głównie, na zmianę pogody) - z bólami głowy na czele (sic). Słabsza zdolność koncentracji, zapominanie o wszystkim, gubienie rzeczy. Infekcje łapię dwa razy częściej niż przedtem. Generalnie mam wrażenie, że całe moje ciało nieustannie mówi mi: stop, ty już nie szarżuj, powinnaś odpocząć. Swoje w życiu zrobiłaś. 

I wcale nie zamierzam ukrywać, że przyjemności okołomenopauzalne są jedną z przyczyn jak najwcześniejszego wybierania się na emeryturę. 

20 września 2025

dwie trzecie września

 w drugiej dekadzie napisałam długaśny protokół z początku roku szkolnego i zaprowadziłam dzieciaki do biblioteki miejskiej na narodowe czytanie Kochanowskiego. Panie bibliotekarki zrobiły teatrzyk - bardzo ładny, bardzo wymagający i bardzo dopracowany, taki montaż z przeróżnych utworów Kochanowskiego. Czapka z głowy. Ale.

Ale ja zupełnie nie mogę pogodzić się z trendem, że dorośli mają zabawiać dzieciarnię, której się nie chce książki otworzyć i przeczytać kilkuwersowej fraszki. No nie mogę i już. Za moich czasów Kochanowskiego czytałyby/odgrywały dzieciaki, ok, przygotowane przez nauczyciela. I mówiłyby role z pamięci... O tempora, o mores.

Zdjęcie dekady: zimowity. Nawiasem mówiąc po ostatnich deszczach już zdążyły całkowicie klapnąć.



15 września 2025

połowa września

 jeszcze dziewięć i pół miesiąca szkoły.

A oprócz uwag technicznych, dziś chcę uwiecznić mój balkon, który bodaj pierwszy raz w życiu tak wygląda:



Ipomea w tym roku nie kwitnie najobficiej, za to pelargonie bomba. I rezygnacja z surfinii okazała się strzałem w dziesiątkę. 

12 września 2025

Między ustami

 a brzegiem pucharu wiele zdarzyć się może.



W skali do pięciu gwiazdek najwyżej trzy. Typowe romansidło i niewiele więcej. Czyta się wystarczająco przyjemnie. Parę przeskoków czasowych uatrakcyjnia cokolwiek generalnie linearne prowadzenie wątków, poza tym każdy czytelnik Rodziewiczówny już w pierwszym rozdziale jest pewien, że on się z nią ożeni i już. Chociaż on wraży Niemiec, a ona poznanianka, patriotka i w ogóle. 

No właśnie. Ten wielkopolski Poznań mnie nie porwał jakoś, chyba wolę powieści osadzone z wschodniej strony. Kult pracy wystarczający i nieprzesadny, postaci zarysowane tak sobie, bez tego wschodniego błysku, który potem w innych powieścidłach zabłyśnie w pysznych kreacjach rusińskiego ortodoksyjnego chłopstwa. Że Niemcy są niedobrzy i głównie piją i się pi***ą to wiemy, a żaden z pruskich bohaterów omawianej książeczki jakoś szczególnie nie zabłysł ani w jednej, ani w drugiej dziedzinie. 

Jeśli już któryś z bohaterów przyciąga uwagę, to nie kreowana na patriotyczną heroinę Jadzia z początkami afazji (ma wyraźne problemy z wysławianiem się w każdym razie, biedactwo), lecz dwie starsze panie: po niemieckiej stronie naiwnie (protestancko) nabożna ciocia Dora, po polskiej opiekunka Jadwigi, pani Tekla, baba zaiste z charakterem, bodaj najbarwniejsza z postaci w całej książce. 

Jest jeszcze martwy bohater Wacław, jeden z braci Jadzieńki, który miał zaszczyt polec za ojczyznę, a którego ma ewidentnie zastąpić ten drugi Wacław - nawracający się z wolna na polskość i prawość (co zresztą na jedno wychodzi) Niemiec. Szkoda, że nie rozwinął się wątek żadnego późniejszego stawania przeciw swoim w obronie nowej ziemi i  nowej wiary. Można go było przynajmniej lekko zasugerować. 

A motyw spolszczania się Niemców z miłości do urodziwych Polek mam dość szeroko rozpowszechniony wśród moich własnych przodków. Polski ładne były, a przed soborem, tym drugim, nikt  by im z heretykiem-lutrem ślubu nie dał. Więc Niemcy spolszczali nazwiska, zmieniali denominację, żenili się z Polkami - z tym, że to zwykle oni uczyli sąsiadów-Polaków zorganizowania i pracowitości, i bojaźni Bożej, nie odwrotnie. A potem była druga wojna no i kilka związanych z tym zagwozdek też było.

Reasumując - książkę można przeczytać, jeśli ktoś ma duuużo czasu akurat i nic lepszego pod ręką. 

10 września 2025

jedna trzecia września

 za mną. Plan lekcji w szkole w końcu istnieje i ja go już nigdy nie mam zamiaru układać. Mam tak strasznie dość i jestem niewypowiedzianie zmęczona.

Zdjęcie z pierwszej dekady września:


Jak miałam pierwszy telefon taki smart i szczerze go nie cierpiałam, żeby jakoś uzdatnić sobie korzystanie z niego, dwa razy w miesiącu zmieniałam mu zdjęcie na wyświetlaczu. W zależności od sezonu. Teraz telefon mi zobojętniał tak dalece, że totalnie mi wisi, co mam na wyświetlaczu (i gdzie w ogóle mam telefon, pomijając, że z reguły to głęboko w). Ale może sposób ze zdjęciami pomoże mi w odliczaniu czasu do emerytury. 

08 września 2025

głód ziemi :P

 nie wiem, może zrozumiałaby go moja babcia wygoniona z Wołynia, latami tułająca się po cudzych domach i polach. Może druga babcia, wysiedlona na cudzą wieś za okupacji. I pewnie tak ma być, że ten świat  nie jest mój - i nic, co na nim.

Ale to boli.

03 września 2025

spokojny wieczór

zapada nad ziemią. Wzgórza pachną kadzidłem i mirrą. Tą samą mirrą, co z moich palców kapała na uchwyt zasuwy. 

I wzgórza, i wąwozy, i kazimierska baszta na wzgórzach.



A zdjęcia robiłam stąd:


Biegłam z ogrodu, spiesząc do przygotowania kolejnych lekcji na jutro, marząc, że jeszcze rok i sama będę jak taki cichy i spokojny wieczór. A na razie aktualizowanie e-dziennika, zmagania z planem lekcji, poznawanie kolejnych nowych dzieciaków. Oby po raz ostatni.

Wczoraj dostałam siatę prawdziwych pomidorów z ogródka. Część była za miękka na dalsze przechowanie i skończyła jako zaimprowizowany koncentrat. Kto nie zna zapachu koncentratu z prawdziwych domowych pomidorów, nie wie, co stracił. 

02 września 2025

e-dziennik

 czyli uzupełnianie jak nazywa się mój program nauczania, według jakich rozkładów materiału pracuję, nie wiem, co jeszcze.

Uczę się nowych imion dzieci, mozolnie. Wygląda na to, że jedna czwarta mojej szkoły w tym roku ma na imię Julia. :P I weź to poodróżniaj. 

01 września 2025

1 września

 mam nadzieję, że to ostatnie w moim życiu rozpoczęcie roku szkolnego.

Po wypełnieniu wszelkich przewidzianych pracowych obowiązków udałam się na cmentarz.


Pucując groby (drugi jest czarny, jeszcze gorszy do czyszczenia - w ogóle czarne nagrobki są formą zemsty na spadkobiercach) rozmyślałam nad archetypem bohatera. :P Bo taki typowy bohater u takiej Rodziewiczówny robiłby dokładnie to co ja - pucowałby ten czarny pomnik do perfekcyjnego lśnienia z poczuciem, że czarny pomnik to forma zemsty na spadkobiercach - pucowałby go, mówię, nie otrzymawszy najmniejszego spadku. :P 

No, więc wypucowałam. 

A Rodziewiczówną powolutku czytam. Teraz to.


Oczywiście, jest wszystko, co tygrysy lubią: jest bohater(ka), jest antybohater, jest kawał ziemi na wschodzie Polski, jak znajdę jakiś wąwóz, to będzie już nadmiar szczęścia.