When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

Challenge 2026

26 września 2025

już od dawna

 zbieram się, że by popełnić wpis o menopauzie. Temat bardzo tabu, chyba nawet bardziej niż miesiączka. Bo nowoczesna baba się nie starzeje i menopauzy nie ma, tak?

Niestety, cały babski wymiar istnienia od zawsze był dla mnie niezwykle bolesny, niewygodny i utrudniający życie pod każdym możliwym względem. Od dojrzewania w wieku lat dziesięciu, kiedy jajniki bolały mnie tak, że podejrzewali zapalenie wyrostka i bałam się, że na pewno wywiozą mnie do szpitala i będą operować, albo że coś mi tam pęknie i umrę. Potem przez co najmniej 40 lat był przedłuuuugi czas comiesięcznego użerania się z niekoniecznie regularnym cyklem - i to w czasach głębokiej komuny, kiedy dostać jakiekolwiek środki opatrunkowe to było wyzwanie. I wreszcie wraz z pandemią, czyli jakieś 5 lat temu, pojawiły się pierwsze oznaki, że może już nastąpi koniec tego paskudztwa. Gdyby czasy były normalne, prawdopodobnie wylądowałabym u lekarza z samego strachu, że "coś jest nie tak". Ale czasy normalne nie były, a stres raczej w powrocie do normalności nie pomagał. I tak jakoś około pięćdziesiątki mi się posypało.

Że hormony już same nie wiedzą, co ze sobą zrobić, to widzę na każdym kroku. Nie tylko w szaleństwach cyklu (na pół roku stop, a potem przewrót kopernikański, szał emocji, rzyganie jak w ciąży i znowu okres). Nie tylko w osławionych zalewach gorąca, nie tylko w zwiększonej drażliwości połączonej z upierdliwością (naprawdę głęboko współczuję wszystkim, którzy muszą żyć w pobliżu kobiety, a szczególnie jeśli to kobieta okołomenopauzalna). Nagle zaczęłam wszystko robić trzy razy wolniej. Wybranie się rano do pracy na 8.00 zaczyna się o 6.00, podczas gdy kiedyś naprawdę wystarczała 7.00. Teraz nie.

Kłopoty z cerą (zasyfiło mnie jak nastolatkę), częste bóle wszystkiego (nie tylko, choć głównie, na zmianę pogody) - z bólami głowy na czele (sic). Słabsza zdolność koncentracji, zapominanie o wszystkim, gubienie rzeczy. Infekcje łapię dwa razy częściej niż przedtem. Generalnie mam wrażenie, że całe moje ciało nieustannie mówi mi: stop, ty już nie szarżuj, powinnaś odpocząć. Swoje w życiu zrobiłaś. 

I wcale nie zamierzam ukrywać, że przyjemności okołomenopauzalne są jedną z przyczyn jak najwcześniejszego wybierania się na emeryturę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.