usiłuję złapać za ogon i to kompletnie nie ma sensu. Ogarnięcie pracy i mamy jednocześnie to kosmos jakiś. Dziś przyszłam do niej rano (miałam szczęśliwie na 9.00) no i... lista czynności porannych jest zwykle dość prosta: sprzątnąć po nocy pościel, nalać wody do plastikowego lekkiego dzbanka, żeby mogła sobie wlać do kubka (czajnika nie podniesie), ukroić bułkę na śniadanie, obrać wszelkie potrzebne do obiadu owoce i warzywa, pokroić na kawałki tak, żeby mogła wrzucić je do garnka czy na patelnię i ugotować, takie tam. Zwykle zajmuje mi to w sumie góra 5-10 minut. Dziś biorę do ręki czajnik - ten ciężki - i ze zdumieniem konstatuję, że jest gorący. Gotowałaś wodę w dużym czajniku? - pytam zdumiona. Nie, w małym - odpowiada mama. Ale - sprawdzam - mały zimny jest. No jak to - dziwi się z kolei mama - przecież z małego piłam wodę do śniadania...
To piłaś surową, bo zagotowałaś duży czajnik. Acha. A to wiesz - mówi mama - ale to nie. Ja ci nie chcę głowy zawracać, bo ty to na pewno się spieszysz, nie masz czasu ani głowy do tego teraz, musisz lecieć do pracy... (i przemowa w tym tonie na dalszych minut kilka). Przerywam. Ok, po prostu powiedz, co mam zrobić. Podłącz mi lampkę do ładowania. :P Robię to jednym ruchem ręki, zajmuje mi to może 10 sekund. Coś ci kupić dziś? - pytam. I znowu tyrada, że nie, bo przecież nie mam czasu, spieszę się do pracy, kolejne kilka minut. Dobra - przerywam - kupić ci bułkę? Tak.
Jakie życie mogłoby być proste, prawda?
Zrywam się z ostatniej godziny w pracy, bo muszę iść z mamą do tego ortopedy, co to rejestrowała się do niego jeszcze w grudniu na NFZ, żeby się skierowanie nie zmarnowało, pamiętacie? No więc dziś przypadł termin, oczywiście musiałam wcześniej z pracy wyjść, żeby się w niego wpasować. Idziemy, czekamy, wchodzimy do gabinetu. Pani doktor robi mamie usg barku i diagnozuje, że to wszystko od kręgosłupa. OK., ja tam się nie znam, może tak i można. Wychodzimy ze skierowaniem na fizjoterapię (nie wcześniej niż w lipcu, bo w roku szkolnym nie dam rady z mamą co dzień na zabiegi chodzić), z receptą na zastrzyki przeciwbólowe i z poleceniem zarejestrowania się do kontroli jak już skończą się zabiegi.
To zapisz mnie na czerwiec, mówi mama. Nie mogę na czerwiec, bo masz przyjść po zabiegach. To dlaczego nie możesz? Bo zabiegi będziesz miała w lipcu. I co, to nie mogę w czerwcu przyjść na kontrolę? No nie.
W rejestracji okazuje się, że na sierpień jeszcze zapisów nie ma. W domu sprawdzam informację na temat tych zastrzyków i okazuje się, że mama raczej nie powinna ich wcale brać z powodu skutków ubocznych. Powodują otępienie, zaburzenia świadomości, zawroty głowy. Przecież jej samej po takim zastrzyku w domu nie zostawię.
I wyszło na to, że wizyta u ortopedy odbyła się, bo się odbyła, i jedynym wymiernym skutkiem jest skierowanie na fizjoterapię - które nb wydobyłabym i od lekarza rodzinnego. I że w zasadzie mogłyśmy spokojnie na tą wizytę nie iść, i niepotrzebnie urywałam się z roboty - i mam dość, przechodzę syndrom przekłutego balonika i znowu wyskoczył mi syf na policzku. I znowu bolą mnie zatoki, mam zatkany nos i w ogóle wszystko mnie boli - i wiem, że wszyscy mają to w.
I że w sumie to tak powinno być. Naprawdę jestem o tym głęboko przekonana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.