czyli wyniosłam do piwnicy choinkę, a na parapecie kuchennym rozstawiłam cały cyrk do produkcji kiełków:
Zastrzeżenie: w tych trzech ostatnich słoiczkach hoduję... nie, nie kiełki. W nich hoduję kryształy.
Zaczęło się od tego, że dotarłam do pamiętnej soli wymieszanej z cukrem :))) i nie chciało mi się jej wyrzucać, więc połowę rozpuściłam w słabej herbacie - to ten ciemny słoik - a połowę w wodzie. To ten słoik z białym nalotem. Natomiast słoik przezroczysty zawiera trzy paczki kwasku cytrynowego i nie jest roztworem nasyconym. Nie wiem, ile kilo kwasku można by rozpuścić w słoiku po chrzanie, ale podejrzewam, że parę kilo :P. Tak czy siak, wydaje mi się, że jak woda odparuje, to roztwór kiedyś tam się wysyci. Planuję nastawić czwarty słoik z sodą oczyszczoną. Nie mam pojęcia, ile kilo sody trzeba, żeby wysycić słoik roztworu.
A poza tym skończył się styczeń. Za mną ostatnia semestralna rada. Przeżyłam też katar mamy i swój - i to właśnie walka z katarami zajęła mi ostatnie trzy dni. Tymczasem wróciły mrozy - jest jakieś minus dziesięć średnio, w nocy mróz ciut większy, w dzień ciut mniejszy. I słońce. Nawet mój świetlik się naładował.
Za to ptaków w karmniku nie ma. Znaczy, jest parę sikorek i mój własny kos, ale nic poza tym. Oprócz nieustająco upartych gołębi, ryzykujących ukręceniem łba, byleby tylko do klatki dziób wsadzić. No ale jak ktoś jest głupi, cóż na to poradzić.
Długo myślałam nad zdjęciem dekady - nie żeby było ich tak dużo do wyboru. Ale chyba to:
Najlepiej oddaje topniejącą i marznącą zimowość. :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.