za mną ostatni, daj Boże, dzień wagarowicza. Nie cierpię dni wagarowicza, bo to ani normalny dzień, ani wolne, lekcji nie poprowadzisz, do domu nie pójdziesz - czas się ciąąąągnie w nieskończoność i wychodzi na to, że nauczyciel ma za zadanie zabawiać tych, co jednak do szkoły przyszli. Nie wiem, zatańczyć na stole albo co. Z rozrzewnieniem wspominam, jak wagarowałam w pierwszy dzień wiosny zaczynając od 4 klasy podstawówki aż do matury. Jak jechaliśmy jakimiś karkołomnymi środkami transportu do Kazimierza, na przykład, i kładliśmy się na ziemi, żeby fiołki powąchać, bo przecież zrywanie kwiatów nie było dostatecznie ekologiczne. :) Albo jak włóczyłam się nad Wisłą, ślizgając się po wyrzuconych na brzeg niedotopionych krach i przypłacając to koszmarnym wybrudzeniem spodni. Głównie spodni, wszystkiego innego też.
Kto teraz umie na wagary iść?
Tymczasem za oknem zimno. Pojawiły się mewy
i szpaki - to te czarne kropeczki wśród liści.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.