When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

20 marca 2026

dwie trzecie marca

 za mną ostatni, daj Boże, dzień wagarowicza. Nie cierpię dni wagarowicza, bo to ani normalny dzień, ani wolne, lekcji nie poprowadzisz, do domu nie pójdziesz - czas się ciąąąągnie w nieskończoność i wychodzi na to, że nauczyciel ma za zadanie zabawiać tych, co jednak do szkoły przyszli. Nie wiem, zatańczyć na stole albo co. Z rozrzewnieniem wspominam, jak wagarowałam w pierwszy dzień wiosny zaczynając od 4 klasy podstawówki aż do matury. Jak jechaliśmy jakimiś karkołomnymi środkami transportu do Kazimierza, na przykład, i kładliśmy się na ziemi, żeby fiołki powąchać, bo przecież zrywanie kwiatów nie było dostatecznie ekologiczne. :) Albo jak włóczyłam się nad Wisłą, ślizgając się po wyrzuconych na brzeg niedotopionych krach i przypłacając to koszmarnym wybrudzeniem spodni. Głównie spodni, wszystkiego innego też. 

Kto teraz umie na wagary iść? 

Tymczasem za oknem zimno. Pojawiły się mewy



i szpaki - to te czarne kropeczki wśród liści.



Jak widać, trawa jeszcze wcale nie taka zielona.


A biały paw już tokuje.




Z babskich czytadeł - skończyłam "Jerychonkę" Rodziewiczównej. Jerychonka to pustynna róża, która podobno ma zdolność powrotu do życia po zasuszeniu - ale w powieści jerychonka nie odżyła i wszystko, no prawie, zawiodło.



W sumie fajne czytadło o zakochanej babie, która potrafi poświęcić dużo (ale nie wszystko) - i nic z tego nie ma. Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz, nie. A w Jerychonce każdy kogoś kocha, ale żadna konfiguracja jakoś się nie sparowała. Morał z tej bajeczki? Kobieto, naprawdę nie jesteś zbawicielem świata. No.

Poza tym przerzucam tony kilobajtów w poszukiwaniu jakiegoś sensownego przepisu na świąteczne ciasta. I usiłuję się zmusić do sprzątania lub prasowania. Obawiam się jednak, że mam głęboko, czy jest posprzątane i wyprasowane. :P 

A zdjęcie dekady hm, myślę, że przylaszczkowe:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.