When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

14 lutego 2026

połowa lutego

 za mną, zapalenie zatok, mam nadzieję, też. Jeszcze trochę kwękam, ale to już tylko kwękanie. I marzę o czasie, kiedy będę mogła po prostu poleżeć sobie pod kocykiem, jak będę zmęczona, i nie będę musiała w tym celu chorować. :P No ale. 

Ostatni raz w życiu zaczynam ferie zimowe. Bez żadnych wielkich perspektyw, mama wymaga ciągłego nadzoru i pomocy, i chwilami przypomina upartego trzylatka. No i chyba to jakoś tak się robi z mózgiem na starość, że nie ma już funkcji "za chwilę", wszystko jest "teraz". Co oznacza, że w tym momencie trzeba robić 500 rzeczy. Jak zrobić opłaty, podliczyć wydatki, powiesić pranie - i w trakcie powyższych mama staje mi w drzwiach z odtwarzaczem mp3 w garści i wręcza mi go ze skargą, że skończyła jej się "Ania z Zielonego Wzgórza". Albo odwrotnie: nie trzeba teraz kupować wędliny, bo jeszcze dwa plasterki przecież są, co z tego, że jutro niedziela. 

No i tak się to wszystko toczy. 

Doszłam do wersji finalnej.


Dół bardzo rozbieliłam, w oryginale był łaciaty, boki stonowałam. I już mnie oczy nie bolą, jak na to patrzę. Ze ścianą w kuchni też się komponuje


i z poprzednimi parasolkami też.


No wiem, że krzywo wisi, ale równać będę, jak już będzie ich trzy (a może cztery?) Na razie skutecznie rozweselają moją brązową kuchnię. 

No i chyba tyle wieści z połowy lutego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.