za mną, zapalenie zatok, mam nadzieję, też. Jeszcze trochę kwękam, ale to już tylko kwękanie. I marzę o czasie, kiedy będę mogła po prostu poleżeć sobie pod kocykiem, jak będę zmęczona, i nie będę musiała w tym celu chorować. :P No ale.
Ostatni raz w życiu zaczynam ferie zimowe. Bez żadnych wielkich perspektyw, mama wymaga ciągłego nadzoru i pomocy, i chwilami przypomina upartego trzylatka. No i chyba to jakoś tak się robi z mózgiem na starość, że nie ma już funkcji "za chwilę", wszystko jest "teraz". Co oznacza, że w tym momencie trzeba robić 500 rzeczy. Jak zrobić opłaty, podliczyć wydatki, powiesić pranie - i w trakcie powyższych mama staje mi w drzwiach z odtwarzaczem mp3 w garści i wręcza mi go ze skargą, że skończyła jej się "Ania z Zielonego Wzgórza". Albo odwrotnie: nie trzeba teraz kupować wędliny, bo jeszcze dwa plasterki przecież są, co z tego, że jutro niedziela.
No i tak się to wszystko toczy.
Doszłam do wersji finalnej.
Dół bardzo rozbieliłam, w oryginale był łaciaty, boki stonowałam. I już mnie oczy nie bolą, jak na to patrzę. Ze ścianą w kuchni też się komponuje
i z poprzednimi parasolkami też.
No wiem, że krzywo wisi, ale równać będę, jak już będzie ich trzy (a może cztery?) Na razie skutecznie rozweselają moją brązową kuchnię.
No i chyba tyle wieści z połowy lutego.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.