czyli jutro Popielec. Zjadłam półtora pączka. Szaleństwo. W sumie w całym karnawale zjadłam pięć pączków. Z czego w Tłusty Czwartek dwa, dziś półtora i półtora jeszcze w przeddzień Tłustego Czwartku. Uważam, że na rok mi wystarczy z naddatkiem.
Obawiam się, że z zatok dalej mi się leje i raczej nie jest to bezpośredni skutek dzisiejszego polowania na gile, z którego raport już jest na ważce. Leki przeciwzapalne biorę od tygodnia i jedyne na co mi (negatywnie zresztą) zadziałały, to żołądek. Czyli chyba jednak alergia. Teraz zamierzam postawić na antyhistaminy i sterydy. Może coś to da, a może przyjdzie wiosna i coś się zmieni?
Apropos alergii - odstawiłam wszystkie, absolutnie wszystkie środki antysyfowe i zaczęłam myć pysk systematycznie kilka razy dziennie wyłącznie szarym mydłem. Na razie nowych syfów brak. Ale może też mieć to związek z zalegalizowaniem menopauzy i w końcu jakimś większym spokojem hormonalnym.
A co do polowań na gile - po pierwsze, obiecałam pokazać, co mam na drzwiach. Proszę:
Po drugie, poczułam się prawie jak dawno, dawno temu na feriach u babci. I tu będzie rzewnie i wspominkowo, wrażliwi mogą przestać czytać.
Na ferie do babci jeździło się zawsze w pierwszej połowie lutego. Czasem idąc piechotą od autobusu spotykałam babcię, która właśnie wracała do domu z kościoła z gromnicą w garści. Czasem chodziliśmy do kościoła razem, z babcinymi gromnicami. A kościołem była wtedy malutka drewniana kaplica, którą kiedyś tam gdzieś tam pokazywałam. Szło się tam dobre pół godziny piechotą przez śnieg. I to było już niedaleko, bo poprzedni kościół parafialny, przed ustanowieniem tej parafii z kaplicą, był odległy o jakieś 12 km.
No i właśnie w takiej okolicy, w drewnianym domku wówczas na końcu wsi pod lasem, spędzałam wszystkie ferie zimowe w życiu, od pierwszej klasy podstawówki aż do licencjatu. Najlepsze były te podstawówkowe. Było nas zwykle kilkoro, bo miałam trochę rodzeństwa. Dzień zaczynał się od wstania koło 8.00, szybkiej toalety w metalowej misce z wodą podgrzaną na kuchni (kąpiel odbywała się raz na tydzień po powrocie do miasta na niedzielę), konsumpcji śniadania zawsze składającego się z lanych klusek na mleku od własnej krowy babci i oglądania teleferii. Teleferie to był taki poranny program dla dzieci zaczynający się od 9.00 i zawsze zakończony jakimś filmem, jak niezapomniana Załoga Dżi. :))) Czy ktoś ją jeszcze pamięta?
Przy śniadaniu towarzyszyły nam sikorki w zaokiennym zaimprowizowanym karmniku. Były bogatki i modraszki, czasem sikorki ubogie, trochę wróbli, kowaliki i dzięcioły duże, średnie i małe - babcia wyganiała kowaliki i dzięcioły, bo jedzenie było głównie dla sikorek. Czasem przylatywały czyżyki, w okolicy kręciła się sroka, także wyganiana. A myszołów czyhał na płocie na zlatujący się do karmnika ptasi drobiazg. OK, chcę wierzyć, że na myszy też czyhał. Jeden jedyny raz do karmnika przyleciał alpejski wieszczek i nie wiedzieliśmy w ogóle, co to. Zupełnie nie było kosów, sójek, kawek ani gawronów, ani wron.
No i potem zwykle zawijaliśmy się w niezliczone warstwy zimowych ubrań i lecieliśmy na dwór. W pola, do lasu, na podwórko. Budowaliśmy szałasy i igloo, rzucaliśmy śnieżkami, zbieraliśmy pióra, robili pióropusze - pasjami bawiliśmy się w Indian albo w ludzi pierwotnych, kombinowaliśmy łuki, strzały, strugaliśmy z leszczyny dzidy. Tropiliśmy i dokarmialiśmy zwierzęta, głównie kuropatwy, bo wiele innych nie było. W ogóle lata 80-te to czas wielkiej chemii w rolnictwie, DDT i te rzeczy - i obawiam się, że dziś mamy duuużo większą różnorodność biologiczną niż wtedy. Jak była odwilż, budowaliśmy rzeźby ze śniegu. Jak był mróz, jeździliśmy na sankach lub na workach foliowych - ale w tym celu trzeba było przejść na drugą stronę niewielkiej rzeczki, bo tam była jedyna w okolicy górka. Przebycie rzeczki samo w sobie było przygodą - albo po oblodzonym pniu zwalonego drzewa, albo po lodzie, z czym łączyło się pewne ryzyko kąpieli. W każdym przypadku.
Do domu wracaliśmy na szybki obiad, do dziś nie wiem, skąd wiedzieliśmy, że to już - może po stanie głodnych żołądków? Na obiad babcia gotowała zupę kartoflankę, czasem kartofle z sosem albo pierogi. A po obiedzie wybywaliśmy na ciąg dalszy biegania po okolicy. Wracaliśmy, kiedy świat zaczynał się już robić błękitny od zmierzchu, czyli koło 16.00. Przy kuchni suszyliśmy wszystkie czapki, rękawiczki, skarpetki i buty. Potem tłukliśmy się w domu, czytaliśmy książki (z tych czasów pochodzi moja fascynacja Latem Leśnych Ludzi), oglądaliśmy telewizję, zapisywaliśmy historyjki pismem obrazkowym, nadawaliśmy wiadomości alfabetem Morse'a przy pomocy latarek, jedliśmy jakieś kanapki na kolację, bawiliśmy się paleniem w piecu i pod kuchnią, strugaliśmy niestworzone rzeczy z przyniesionych z lasu patyków - i koło 20.00 lądowaliśmy w łóżkach.
W tamtych czasach nikogo nie dziwiło, że spało się w łóżku z kimś i nie miało to absolutnie żadnych kontekstów seksualnych, raczej metrażowe i cieplne. Spaliśmy albo pod pierzyną, albo pod dwoma kołdrami (jedna na drugiej, nie obok) i trzymało to jako tako ciepło do rana. Dwa łóżka przypadały na trójkę dzieci plus babcia, najstarsi mieli przywilej spania w kuchni, gdzie były kolejne dwa łóżka, ale na jednym z nich spał dziadek. W lecie wchodziło w grę spanie na podłodze, w zimie trzeba było zmieścić się w łóżkach.
W związku z dużym zagęszczeniem łóżkowym zasypianie trwało przynajmniej godzinę. Odśpiewywaliśmy - już po zgaszeniu światła - po kolei wszystkie możliwe piosenki (kołysanki szły na koniec), opowiadaliśmy anegdotki i kawały (te same w kółko) - i powoli towarzystwo usypiało. Do następnego fascynującego dnia.
No i co jeszcze - że standardem było wyłączanie światła i zapalanie świeczki. Lodówka marki Mińsk chrypiała, ale wytrzymywała te kilkugodzinne przerwy w dostawach energii. O lodówce i świeczkach mówiąc - wyprawy do piwnicy, do której wchodziło się przez klapę podnoszoną z podłogi. W piwnicy były kartofle, marchew i inne warzywa, całe skrzynki jabłek, rzędy słoiczków z dżemem, głównie z truskawek, weki z kiszonymi ogórkami i papryką w occie, a także kompoty z gruszek, lepsze niż dzisiejsze gruszki w zalewie. O wyprawach mówiąc - wyprawy na strych, w zimie bez strachu przed gnieżdżącymi się tam osami, grzebanie w stosach gratów i papierów, czytanie starych listów, odkrywanie wielkich strychowych tajemnic.
Przesiadywanie godzinami w stodole w sianie (było trochę cieplej) albo w warsztacie u dziadka. Karmienie podwórkowych zwierzaków. Jakieś tam elementy sprzątania i gotowania - na prawdziwej kuchni opalanej drewnem. Rozpalać w piecu umiałam w wieku lat kilku. Parę razy piekłyśmy z siostrami ciasto. U babci opanowałam podstawy lepienia pierogów.
Co jeszcze. Że z upodobaniem słuchaliśmy starszych. Do babci przychodziły sąsiadki, do dziadka sąsiedzi. Oni rozmawiali, my przyczajaliśmy się w jakimś kącie i słuchali. Od wspomnień z wojny przez narzekanie na komunę do miliona spraw życia codziennego. Niezastąpione źródło informacji i wiedzy o świecie.
Co było najlepsze? Swoboda, niezależność, radzenie sobie, kreatywność w zagospodarowaniu czasu, brak kontaktu z domem - totalny, w całej wsi były dwa telefony i nikomu nie chciałoby się do nich iść, chyba że w celu dzwonienia na pogotowie. Zresztą dom wcale nie oczekiwał, że będziemy się z nimi kontaktować. Raz w tygodniu ojciec czy mama wpadali z krótką wizytą, dowozili jakieś zdobyczne jedzenie, wieczorem odjeżdżali, my zostawaliśmy na kolejne trzy dni. W sobotę szliśmy zaśnieżoną drogą na autobus, marzliśmy na przystanku, wracali do domu - na kąpiel, na zapewnienie mamy, że żyjemy, na niedzielną wizytę w kościele w lepszych ciuchach niż feriowe. A w poniedziałek wracaliśmy do babci na kolejny rozkoszny tydzień.
Ferie zimowe pokolenia X w całej krasie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.