się o mnie zaczynają upominać. Już siedzę w maturach i analizuję majowe wyniki, już szefowa wydzwania z prośbą o prace porządkowe, za pasem rada i takie tam przyjemności. Jeszcze nawet nie mam nadziei, że to ostatni raz, myślę, że za rok jeszcze będzie to samo. Ale za rok już nie będę może się szykować na kolejny cały rok walki. :P Tymczasem na dworze ciągle zimno, a zapowiadają dwa dni nagłych upałów z równie nagłym ochłodzeniem i już mnie na samą myśl gardło pobolewa. Na targu pojawiły się pierwsze antonówki, trzeba będzie z parę kilo usmażyć. I dopilnować węgierek.
Jedną z niewielu rzeczy, które prawie udało mi się w te wakacje zrobić, było uporządkowanie przepisów w jeden zeszyt, w dodatku taki, żeby dało się go otwierać i żeby sam się nie zamykał, jak większość zeszytów. I żeby dało się alfabetycznie dokładać kartki. A więc segregator.
Jeszcze parę przepisów trzeba wpisać i parę zdjęć dokleić, ale większość roboty zrobiłam.
Inne prace zaplanowane na wakacje z zasady leżą i kwiczą, i będą kwiczeć do kolejnych wakacji. Miałam posprzątać, powyrzucać trochę niepotrzebnych pracowych gratów, trochę powyszywać, zmniejszyć tzn. głównie skrócić :P kilka ciuchów, uporządkować zalegające na twardym dysku zdjęcia. I co? I nic.