When I am an old woman I shall wear purple With a red hat which doesn’t go, and doesn’t suit me. And I shall spend my pension on brandy and summer gloves And satin sandals, and say we’ve no money for butter. I shall sit down on the pavement when I’m tired And gobble up samples in shops and press alarm bells And run my stick along the public railings And make up for the sobriety of my youth. I shall go out in my slippers in the rain And pick the flowers in other people’s gardens And learn to spit.
You can wear terrible shirts and grow more fat And eat three pounds of sausages at a go Or only bread and pickle for a week And hoard pens and pencils and beermats and things in boxes.
But now we must have clothes that keep us dry And pay our rent and not swear in the street And set a good example for the children. We must have friends to dinner and read the papers.
But maybe I ought to practise a little now? So people who know me are not too shocked and surprised When suddenly I am old, and start to wear purple.

ten blog

Ten blog powstał z tęsknoty za emeryturą :), jako przygotowanie i może trochę oswojenie się z nowym etapem życia. A jednocześnie z tęsknoty za tym, co już było - dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką.
I z fascynacji stylem życia moich babć, które miały wtedy może tyle lat, co ja teraz. O ile to możliwe, chciałabym ten styl naśladować i trochę kontynuować.
I o tym właśnie jest ten blog.

25 marca 2026

gdybym była jaskiniowcem

 prawdopodobnie bym nie przeżyła tej infekcji. :P Mama przyniosła do domu (nie wiem skąd) wirusa kataru, znanego na zachodzie bodaj pod nazwą common cold. Jest to w każdym razie infekcja, która objawia się wyłącznie katarem. Dla nas nic groźnego, zdążyliśmy wytworzyć przeciwciała. A jaskiniowcy podobno padali na to jak muchy. 

Tak czy siak, przechorowywanie common cold wiąże się z kilkoma znaczącymi aspektami. Po pierwsze, z dziką radością oglądam wszelkie znalezione w sieci odcinki "Było sobie życie", ze szczególnym upodobaniem analizując sceny walki organizmu z wszelkimi wirusami i takimi tam.

(zdjęcie za HelloMaestro)

Może oglądanie ogromnych paszcz granulocytów pomaga mi mobilizować moje prywatne granulocyty do akcji, kto wie. :P 

Drugi aspekt to oczywiście mama. Mam kilka podejrzeń, skąd mogła wziąć te zarazki, bo w minionym tygodniu lufrowała ile wlazło, jednego dnia do kościoła, do lekarza i na spacer, na przykład. A ciotka neonka wyznała mi w sekrecie, że któryś z maminych spacerów trwał równo półtorej godziny na dworze. Do mnie się nie przyznała, do ciotki ponoć tak. Ale nie o to chodzi już nawet - chodzi o to, że moja mama dalej nie wierzy w istnienie wirusów i przenoszenie zarazków drogą kropelkową. Co za tym idzie, kompletnie nie potrafię jej przekonać do unikania miejsc, gdzie jest dużo ludzi - bo przecież nikt na nią nie napluł, to jak mogła się zarazić. I taka logika. (BTW skoro mama uważa, że choroby roznoszą się przez plucie, boję się spytać, co sądzi o przedostatniej niedzielnej ewangelii :P. Wiem natomiast, że zdaniem mamy słowo "pluć" to wulgaryzm i porządny człowiek go nie używa.)

Tak czy inaczej, wszelkie prośby, żeby na przyszłość mama unikała miejsc podwyższonego ryzyka i trochę uważała na siebie, bo odpowiada nie tylko za siebie, ale i za mnie, spotykają się z agresją. Bo mama na mnie nie napluła, więc mnie nie zaraziła. I nie wie, czemu jestem teraz chora na to samo, na co ona była chora parę dni wcześniej. A ja się czepiam. A mama jest biedna i prześladowana. I żałuje, że żyje. I dalej już cały znajomy szantażyk emocjonalny.

Trzeci aspekt to niemożność dzisiejszego świętowania i blokada uczestnictwa w rekolekcjach - na co akurat bym nie uskarżała się specjalnie, gdyby nie kwestia spowiedzi. Jakoś nie mam ochoty zarażać common cold całej kolejki do konfesjonału. Spowiednika raczej nie, bo on siedzi po tej drugiej stronie folii, na której moje wirusy grzecznie się rozsiądą, czekając na kolejnych penitentów. BTW: już sobie wyobrażam taki odcinek w serii "było sobie życie". 

Czwarty aspekt - zastanawiałyśmy się onegdaj z Magdą, czy po Paruzji na nowej ziemi i nowym niebie znajdzie się miejsce dla takich wirusów, prionów czy bakterii. Chorobotwórcze już nie będą mogły być, więc mogą ot po prostu tak sobie istnieć na większą chwałę Bożą, jako dowód Jego fantazji. A może to one właśnie będą daniami przynajmniej przystawkowymi na tej zapowiedzianej wielkiej uczcie paschalnej? Tylko sobie wyobraźcie: wirusy w panierce, chrupiące jak krewetki. Albo RNA z wiroidów jak makaron - podane z jakimś pysznym sosem :P. 

Apsik. Myślę, że common cold bardzo sprzyja podobnym dywagacjom. 

2 komentarze:

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.