prawdopodobnie bym nie przeżyła tej infekcji. :P Mama przyniosła do domu (nie wiem skąd) wirusa kataru, znanego na zachodzie bodaj pod nazwą common cold. Jest to w każdym razie infekcja, która objawia się wyłącznie katarem. Dla nas nic groźnego, zdążyliśmy wytworzyć przeciwciała. A jaskiniowcy podobno padali na to jak muchy.
Tak czy siak, przechorowywanie common cold wiąże się z kilkoma znaczącymi aspektami. Po pierwsze, z dziką radością oglądam wszelkie znalezione w sieci odcinki "Było sobie życie", ze szczególnym upodobaniem analizując sceny walki organizmu z wszelkimi wirusami i takimi tam.
Może oglądanie ogromnych paszcz granulocytów pomaga mi mobilizować moje prywatne granulocyty do akcji, kto wie. :P
Drugi aspekt to oczywiście mama. Mam kilka podejrzeń, skąd mogła wziąć te zarazki, bo w minionym tygodniu lufrowała ile wlazło, jednego dnia do kościoła, do lekarza i na spacer, na przykład. A ciotka neonka wyznała mi w sekrecie, że któryś z maminych spacerów trwał równo półtorej godziny na dworze. Do mnie się nie przyznała, do ciotki ponoć tak. Ale nie o to chodzi już nawet - chodzi o to, że moja mama dalej nie wierzy w istnienie wirusów i przenoszenie zarazków drogą kropelkową. Co za tym idzie, kompletnie nie potrafię jej przekonać do unikania miejsc, gdzie jest dużo ludzi - bo przecież nikt na nią nie napluł, to jak mogła się zarazić. I taka logika. (BTW skoro mama uważa, że choroby roznoszą się przez plucie, boję się spytać, co sądzi o przedostatniej niedzielnej ewangelii :P. Wiem natomiast, że zdaniem mamy słowo "pluć" to wulgaryzm i porządny człowiek go nie używa.)
Tak czy inaczej, wszelkie prośby, żeby na przyszłość mama unikała miejsc podwyższonego ryzyka i trochę uważała na siebie, bo odpowiada nie tylko za siebie, ale i za mnie, spotykają się z agresją. Bo mama na mnie nie napluła, więc mnie nie zaraziła. I nie wie, czemu jestem teraz chora na to samo, na co ona była chora parę dni wcześniej. A ja się czepiam. A mama jest biedna i prześladowana. I żałuje, że żyje. I dalej już cały znajomy szantażyk emocjonalny.
Trzeci aspekt to niemożność dzisiejszego świętowania i blokada uczestnictwa w rekolekcjach - na co akurat bym nie uskarżała się specjalnie, gdyby nie kwestia spowiedzi. Jakoś nie mam ochoty zarażać common cold całej kolejki do konfesjonału. Spowiednika raczej nie, bo on siedzi po tej drugiej stronie folii, na której moje wirusy grzecznie się rozsiądą, czekając na kolejnych penitentów. BTW: już sobie wyobrażam taki odcinek w serii "było sobie życie".
Czwarty aspekt - zastanawiałyśmy się onegdaj z Magdą, czy po Paruzji na nowej ziemi i nowym niebie znajdzie się miejsce dla takich wirusów, prionów czy bakterii. Chorobotwórcze już nie będą mogły być, więc mogą ot po prostu tak sobie istnieć na większą chwałę Bożą, jako dowód Jego fantazji. A może to one właśnie będą daniami przynajmniej przystawkowymi na tej zapowiedzianej wielkiej uczcie paschalnej? Tylko sobie wyobraźcie: wirusy w panierce, chrupiące jak krewetki. Albo RNA z wiroidów jak makaron - podane z jakimś pysznym sosem :P.
Apsik. Myślę, że common cold bardzo sprzyja podobnym dywagacjom.

Zdrówka życzę!
OdpowiedzUsuńTylko z czego tą panierkę zrobić, hm...
OdpowiedzUsuń